poniedziałek, 4 sierpnia 2014

"Moja walka" Knausgaarda na czas czytania również moją...

Posiadanie większej wiedzy o świecie powoduje nie tylko zmniejszenie bólu, jaki ten świat wywołuje, lecz również jego sensu. Rozumienie świata to ustawianie się w określonej odległości od niego. To co jest za małe, aby było dostrzegalne gołym okiem, na przykład cząsteczki i atomy, powiększamy, to zaś, co jest za duże, tak jak formacje chmur, delty rzek, i gwiazdozbiory, zmniejszamy. Kiedy już sprowadzimy wszystko do zasięgu naszych zmysłów, zaczynamy to utrwalać. To co utrwalone nazywamy wiedzą. Przez całe dzieciństwo i młodość mozolnie staramy się ustalić właściwy dystans do rzeczy i zjawisk. Czytamy, uczymy się, doświadczamy, korygujemy. Pewnego dnia docieramy do punktu, w którym wszystkie niezbędne odległości są już wyznaczone, wszystkie niezbędne systemy stworzone. Wtedy czas zaczyna płynąc szybciej. Nie napotyka już żadnych przeszkód, wszystko jest ustalone, czas płynie przez nasze życie, dni znikają w dzikim pędzie i zanim zdążymy się zorientować, już mamy czterdzieści lat, pięćdziesiąt, sześćdziesiąt... Sens potrzebuje pełni, pełnia potrzebuje czasu, czas potrzebuje oporu*






Smutkiem zasnuta, prozą życia ozdobiona.
Chłodna, mocna - do przeżycia, nie po zachwyt.
Tam nie ma przyjemności, a jest mierzenie się z wydarzeniami - zarówno tymi z dzieciństwa, jak i obecnymi: .

"Przez pięć lat próbowałem napisać powieść o życiu i śmierci mojego ojca, świetnie funkcjonującego nauczyciela, który w wieku 40 lat nagle się rozwiódł, zmienił styl życia i zaczął pić. Nie wychodziło mi. W pewnym momencie postanowiłem opisać to bez żadnej fikcji, domysłów. I wtedy coś się we mnie poluzowało. Każdy tom można czytać jak oddzielną całość. Sam czułem, że żyję życiem, którego nie chcę. Opisuję je w drugim tomie.***

Walczyłam wraz z bohaterem - autorem - Karlem Ove Knausgaardem -  zmagając się z ojcem, bratem, życiem.  Opisał swoją historię - najprawdziwszą. I ta prawda jest wstrząsająca, przejmująca. Jednak mimo tego powieść często zaskakuje trafnością opisu rzeczywistości, mówi o uczuciach bliskich każdemu.
Uwielbiałam fragmenty, w których wydarzenia prowokowały autora do rozważań filozoficznych - jak choćby ten na początku.

W internecie znalazłam tekst Krzysztofa Vargi:

"Jako 39-letni autor dwóch fabuł postanowił napisać wielki cykl autobiograficzny, i to bez żadnego kamuflażu - narratorem wszak jest dobiegający czterdziestki pisarz Karl Ove Knausgard, relacjonujący nam swoje dzieciństwo, dorastanie, lata szkolne, studenckie, pierwsze próby pisarskie, dziennikarskie, zakładanie zespołu rockowego i grę w amatorskim zespole piłkarskim, relacje z rodzicami, małżeństwo i ojcostwo, wreszcie clou opowieści, klasyka klasyk literatury światowej, mianowicie figura surowego ojca i głęboko wrośnięta trauma dorosłego chłopca, który nigdy prawdziwej ojcowskiej miłości nie zaznał"**





"Jeżeli już porównywać, to język Knausgarda w zestawieniu z rozbuchaną frazą Prousta jest zimny jak woda w fiordach, przezroczysty jak sopel lodu i jasny jak wieczne śniegi. Frazę tworzącego w Szwecji norweskiego pisarza można zaś porównać do mebli z Ikei - prostota, funkcjonalizm, brak ozdobników, łatwość montażu. Żadnego efekciarstwa, pewnego rodzaju sterylność narracji, deficyt zdań, które byłyby piękne literacko, ale nie wnosiłyby do historii niczego prócz walorów estetycznych"**

Niektóre fragmenty były tak odważne, że nie potrafiłam im przyklasnąć, ale starałam się zrozumieć. Jak choćby ten o rodzinie.

"Jeżeli Heidi (młodsza córka) zaśnie w wózku, siadamy w kawiarni z Vanją (starsza córka)  - ona uwielbia chwile, które może spędzić z nami sama, siedzi ze swoją lemoniadą i buzia jej się nie zamyka, pyta o wszystko: czy niebo jest przymocowane na stałe, czy coś może zatrzymać jesień i czy małpy mają szkielet. Nawet jeśli uczucie radości, jakie potrafi mnie ogarnąć w takich chwilach, nie jest burzliwe, może raczej przypomina zadowolenie albo spokój, to jednak jest radość. Może nawet, w wyjątkowych momentach, szczęście. I czy to nie wystarczy? czy to nie wystarczy? Owszem, gdyby szczęście było moim celem, toby wystarczyło. Ale moim celem nie jest szczęście, nigdy nim nie było. Po co mi ono? Moim celem nie była też rodzina (...)"*

"Dla rodziny zrobię wszystko, co muszę, to mój obowiązek. Życie nauczyło mnie jednego:znosić je, nigdy nie zadawać o nie , a tęsknotę, która się rodzi, spalać podczas pisania. [...] dlaczego stawiam obowiązek przed szczęściem? Pytanie o szczęście jest banalne, ale nie jest banalne pytanie, które następuje po nim, pytanie o sens. Łzy napływają mi do oczu, gdy patrzę na piękny obraz, ale nie wtedy, kiedy patrzę na moje dzieci. to nie znaczy, że ich nie kocham, bo kocham je całym sercem, to oznacza po prostu, że sens, jaki ze sobą niosą, nie jest w stanie wypełnić życia. Przynajmniej mojego(...)"*

CasaBlanka wypełnia moje życie, buduje w nim tyle zamków, że natychmiast ruszam, by zwiedzić każdy. Niektóre mają wysokie wieże złożone z takich pytań, że dotarcie wymaga ode mnie delikatności i finezji.
Inne mają kręte korytarze i zakamarki, a tam śmiejące się oczy i nowe wyzwania, których się nie boi.
Jej radość jest moją radością, jej wzruszenie moim wzruszeniem. I łza niejedna otarta, gdy na nią patrzę, gdy jej słucham. I jak tu poklepać Knausgaarda po plecach? Czy tylko ja widzę smutek w jego oczach?

A lipiec to między innymi wiejskie, sielskie klimaty w Niemczech u kuzynów. Drogi po których bieg może nie mieć końca, uginające się pod owocami krzaki jeżyn i słowa, które mówi do mnie:
-Mamo, jesteś piękna jak róża!
po pobycie wśród pól zmienione na :
- Mamo, jesteś piękna jak zboże ;)
















*Karl Ove Knausgaard Moja walka

**Tytuł z Hitlera, metoda z Ikei. Knausgard pisze, Varga się zachwyca (recenzja), Krzysztof Varga Gazeta Wyborcza 

 ***Rozmowa Katarzyny Bielas z Karlem Ove Knausgardem  Książki. Magazyn do Czytania


środa, 16 lipca 2014

"Śpiewaj ogrody" Pawła Huelle - czyli kim jesteśmy bez pamięci?

-Tylko zapamiętaj, co ci się przyśni pierwszy raz na nowym miejscu, to ważne. 
              Wtedy chyba zapamiętałem. dzisiaj, gdy próbuję opowiedzieć tę historię, nadać jej jakąś linię, rozpisać na kilka głosów, choć przecież nie na pięciolinii, takich szczegółów nie potrafię już odtworzyć*
                                                                                                                



Jednak opowiedział i to najpiękniej jak tylko on  - Paweł Huelle opowiadać potrafi, przede wszystkim o najbliższych, o sobie.  W wywiadzie dla Zwierciadła, który przygotowała Beata Pawłowicz, mówił o tym, że właśnie historiami, które od najmłodszych lat wychodziły z jego ust zjednywał sobie przyjaciół, zdobywał miłości, bo był słabeuszem.

Pani Greta przerwała swoją opowieść, by jeszcze raz dolać do filiżanek herbaty nieco już chłodnej,i przez moment, jak gdyby zapadając się we własną pamięć coraz głębiej i głębiej, milczała. Kiedy zapisuję po tak wielu latach tamto milczenie, tamto nasze pierwsze spotkanie, tamtą czerwcową rozmowę, nasze pierwsze z sobą tak długie bycie razem, nie mogę wyjść z podziwu dla jej daru opowieści: żadnych przecież nie mam notatek ani zapisków[...] wielu rzeczy nie rozumialem i nie śmiałem przerywać, pytając na przykład, co to takiego ten vorspiel albo noc świętej Walpurgii, obłapka pod drzewem czy literat niezbyt pierwszej rangi, a jednak mimo to, gdy teraz przypomnę sobie tę długą przerwę jej milczenia, wszystkie tamte detale ożywają raz jeszcze tak dokładnie jak przedmioty wydobyte niespodziewanie z mroku łagodnym światłem., a to było światło jej słów[...].*



Huelle jakby o sobie pisał, to on potrafi łagodnym światłem swoich słów wydobywać przedmioty i detale, które tworzą nastrój, przenoszą tak sugestywnie i zmysłowo w świat, którego już nie ma. Grzebieniem pamięci przeczesując wspomnienia, wygładza, upiększa, nie bojąc się trudnych i mocnych historii.
Wielowątkowość, wielobohaterowość, wieloczasowość, wieloprzedmiotowość - mnie ta wielość ujęła, pociągnęła za sobą. Powieść jak ogród Grety -wonna, zachwycająca - zrywałam wątki jak kwiaty, wiązałam w bukiety - przecudne opisy, bohaterowie, których tuliłam do serca.



[...] o tym jest ta opowieść; mimo tragedii strat pamięć i sztuka to nasz azyl - podkreśla autor w Zwierciadle, a w wywiadzie dla Marianny Janickiej zamieszczonym na Onecie dodaje: 
[...] życie bez pamięci jest życiem idioty. Użyłbym określenia Milana Kundery, że mamy wtedy do czynienia z "nieznośną lekkością bytu". Pamięć jest zatem mechanizmem, który daje napęd twórczości i leży u podstaw każdej dobrej literatury, wystarczy sięgnąć po Prousta albo Prusa. Bez pamięci jesteśmy dziećmi kwiatami, bez ukorzenienia, co daje oczywiście cudowne chwile, ale nie da się żyć w takiej całkowitej niepowadze.




Wnuczka autora jak CasaBlanka ma trzy lata. Jeszcze nie wie, że taki dziadek to skarb największy i że oprócz pamięci stanie się być może inspiracją. Zaczarowana przez niego z pewnością dopisze kolejne strony historii rozpoczętych na spacerach w Oliwie.

Stoję czasem na brzegu morza - mówi Paweł Huelle - z książką i japońskimi znakami w jednej ręce, kijem w drugiej i przerysowuję na piasek na przykład "kanji", japoński znak oznaczający "drzewo". Za chwilę przychodzi fala i go zmywa. To niesamowite jak nasze życie. Piszemy, żyjemy, a potem... przychodzi fala.**

Teraz jestem w Wilnie w 1939 roku, nową opowieść mam już ułożoną w głowie - mówi Huelle. - Jeśli mnie nie spotka wylew albo zawał, to ją napiszę... i jeszcze trzy inne, i może jakąś sztukę? A potem może przyjść fala.**

My wakacyjnie, leniwie trwamy wśród jezior i zbóż, pod niebem chmurami zasnutym
Śpiewaj ogrody czytane jeszcze zimą, we mnie międzyczasie już inne opowieści - napiszę o nich wkrótce.



* Śpiewaj ogrody Paweł Huelle
** Kiedy przyjdą barbarzyńcy Beata Pawłowicz Zwierciadło (kwiecień 2014)

sobota, 5 lipca 2014

Przez "Most" Leopolda Staffa pod mogiłę Kazimierza Przerwy - Tetmajera


Że mija? I cóż, że przemija?
Od tego chwila, by minęła,
Zaledwo moja, już niczyja,
Jak chmur znikome arcydzieła.

Chociaż się wszystko wiecznie zmienia
I chwila chwili nie pamięta,
Zawsze w jeziorach na przemiany
Kąpią się gwiazdy i dziewczęta.

                                         Leopold Staff --- „Chwila”



Próbuję przywrócić się pisaniu. Regularności, dniom, miesiącom.
Ominęłam maj cały wonny, zapraszający do zachwytu, odsyłający do kwiatów i jasnych poranków. Rozstawiona między górami a morzem wtórowałam światu.
Piasek myśli z plaży w Kołobrzegu kilka dni później usypywałam w widziany z oddali i królujący nad Zakopanem Giewont.
Nad morzem szumiące dłonie fal ugładziły wszystkie zaniepokojenia. A zmęczenie wyzwaniami ostatniego czasu wywiał wiatr.
Z uczniami wędrowałam drewnianym szlakiem Zakopanego, a z Gubałówki panorama zaparła dech.
Wycieczka Kraków- Zakopane z uczniami ( ostatnia nasza wspólna). Nauczycielska to Kołobrzeg. 

Wieliczka jak ze snu

Cmentarz na Pęksowym Brzyzku jeden z najpiękniejszych




Już nie wiem, co poza mną było -

czy żyłem kiedy?... czy kochałem?.,.

Zda mi się, stoję za mogiłą -

cóż w tej mogile pochowałem?



Czy pochowałem jakie kwiaty?

Czy pochowałem złote rzeczy?

Nie wiem - to jakieś dawne światy,

stracone z mego serca pieczy [...]
                                                                                            

                                                                                       Kazimierz Przerwa - Tetmajer  JUŻ NIE WIEM, CO POZA MNĄ BYŁO... 

Widok z Gubałówki











Oscypki najprawdziwsze tylko z Bacówki


A czerwiec?
Prawie wszystko już powiedziane, policzone.
Pożegnanie wśród kwiatów z klasą szóstą ( moją ) i trzema pozostałymi, które uczyłam -  utuleniem, słowem ważnym, otarciem nieśmiałej łzy zwieńczone. Sprawdzian szóstoklasisty napisany nad wyraz dobrze ukoronował rok ciężkiej pracy dla mnie jak i dla nich. Już nie maluchy wystraszone, niepewne, ale młodzi ludzie niekiedy wyżsi ode mnie, dojrzalsi nieco, spotykani codziennie, o których mogłabym snuć najróżniejsze historie i najdłuższe - tak poznani.A te trzy lata to były nasze wspólne mosty.

Nie wierzyłem
Stojąc nad brzegiem rzeki,
Która była szeroka i rwista,
Że przejdę ten most,
Spleciony z cienkiej, kruchej trzciny
Powiązanej łykiem.
Szedłem lekko jak motyl
I ciężko jak słoń,
Szedłem pewnie jak tancerz
I chwiejnie jak ślepiec.
Nie wierzyłem, że przejdę ten most,
I gdy stoję już na drugim brzegu,
Nie wierzę, że go przeszedłem.

                                                        Most Leopold Staff



Dzikie róże z naszego ogródka miały woń perfum mojej ukochanej Babci Apolonii - wspomnienia dzieciństwa w różowych delikatnych płatkach zamknięte.

wtorek, 22 kwietnia 2014

"Co jest treścią uśmiechu?"

"[...] Jak okiem sięgnąć, panuje tu chwila. 
Jedna z tych ziemskich chwil 
proszonych, by trwały." 
                                                                                               Wisława Szymborska "Chwila"
                                  




  






Papież Franciszek powiedział, że życzenia możemy sobie składać przez cały tydzień, więc i ja na ten czas piruetów duszy życzę Wam pełnych miłości objęć świata, a w nim przede wszystkim wtuleń w drugiego człowieka.



Co jest treścią uśmiechu
i podania ręki?
Czy nigdy w powitaniach
nie jesteś daleka,
tak jak bywa daleki
człowiek od człowieka,
gdy wyda sąd niechętny
pierwszego wejrzenia?
Czy każdą dolę ludzką
otwierasz jak książkę,
nie w czcionce,
nie w jej kroju
szukając wzruszenia?
Czy na pewno, czy wszytko
odczytujesz z ludzi?
Wymijające słowo 
dałaś w odpowiedzi,
pstry żart w miejsce szczerości-
jak obliczysz straty?
Nieziszczone przyjaźnie,
lodowate światy.
Czy wiesz,że przyjaźń trzeba
współtworzyć jak miłość?
Ktoś w tym surowym trudzie
nie dotrzymał kroku.
A czy w błędach przyjaciół
twej winy nie było?
Ktoś żalił się i radził.
Ile łez obeschło,
zanim przyszłaś na pomoc?
Współodpowiedzialna 
za szczęście tysiącleci-
czy nie lekceważysz
pojedynczej minuty
łzy i skurczu twarzy?
Czy nigdy nie wymijasz
cudzego wysiłku?
Stała szklanka na stole
i nikt jej nie spostrzegł,
aż dopiero gdy spadła
nieuważnym potrącona ruchem.

Czy w ludziach wobec ludzi
wszystko jest najprostsze?
                                                                       Pytania zadawane sobie  Wisława Szymborska


Z emocji świątecznych zaraz wskoczyłam na te urodzinowe. Przecieram oczy, rozkładam ręce i chwile chwytam najmocniej, a wiosną jeszcze wonne i z płatkami kwitnących drzew pod stopami. Jaśnieję od słońca.
A urodzinowe z poetką mam trwanie, próbując zdać sobie sprawę z siebie.
Dziś z odwiedzinami rodziny i przyjaciół i od spotkań jaśnieję także.
Poranni ogrodowi goście, od których rozpoczęłam, CasaBlance także zawrócili w głowie.  
Kwiaty stają się zakładkami do pięknych książek, które otrzymałam. Czeka mnie także Cyganeria Pucciniego w Teatrze Wielkim w Poznaniu - operowy prezent-niespodzianka łapie za serce.














niedziela, 16 marca 2014

Papierowa torba pełna skarbów ze słowami od Emilii Dziubak i Iwony Chmielewskiej

Pierwszego marca chwyciłam trochę nieba.
Nieba, które rozpościerają nade mną dwie niezwykłe kobiety, kiedy przewracam strony z ich ilustracjami. 
Targi Książki dla Dzieci i Młodzieży Poznań 2014 umożliwiły mi spotkanie.
Ostatnia chwila - z zadyszką, roztrzęsieniem, bijącym sercem, które niosło mnie do stoiska ze światem  Emilii Dziubak. Dwie minuty do końca i słońce pojawiło się na kartce i słowa i spojrzenie - równie słoneczne i uśmiech... . 
Na Iwonę Chmielewską czekałam z podobnym drżeniem, snując się między stoiskami wydawnictw.
Tak bardzo żałowałam, że CasaBlanki nie mogę zabrać ze sobą - rozchorowała się na dobre. 
Więc był to czas dla mnie, dotykałam, przewracałam, zaczytywałam się światem, który nie tylko dla dzieci. 
Pani Iwona - skromna, cicha, z taką aurą niezwykłości i uśmiechem, że można tylko utonąć. Nie mogłam oderwać od niej oczu - dedykacja - małe dzieło sztuki stworzone na poczekaniu - i zobaczyłam artystkę przy pracy - wokół szum, mnóstwo ludzi - a u niej świat stanął w miejscu - a ja razem z nim. Ze łzami w oczach powiedziałam kilka słów. 
Z papierową torbą pełną skarbów - dla CasaBlanki, dla siebie wróciłam, dokładając nieco do kramu wyobraźni mojej córki.

Emilia Dziubak - ilustracja dla "Przekroju"

Emilia Dziubak - ilustracja dla "Przekroju"

Iwona Chmielewska



"Grzeczna"Gro Dahle i Sveina Nyhusa - trzeci skarb targowy




Paweł Wechterowicz, Emilia Dziubak "Uśmiech dla żabki"















Iwona Chmielewska "Pamiętnik Blumki"








W tym tygodniu jeszcze nieśmiało, ale już pod niebem w ogródku:)







czwartek, 27 lutego 2014

Zjadająca tęczę królewna CasaBlanka

Pourodzinowy czas nadal mocno nas trzyma.
Jak balony poruszane wspomnieniami unosimy się lekko nad ziemią.
Trzy lata w utuleniach, głaskach, słowach i gestach.
Różnobarwność Lampeduzianki podkreślona tęczowym tortem!
No i mamy już nowy  przydomek - dojrzalszy - jak przystało na trzylatkę : CasaBlanka!

Tęczowy tort sprawdził się na urodzinowym przyjęciu z udziałem dzieci, które w pierwszej kolejności zajadały ulubione kolory. Pracy przy torcie co niemiara, ale biały tort, z którego po przekrojeniu uśmiecha się tęcza - zrobił wrażenie.




Tydzień wcześniej dorośli dostali  Tort bezowy - Dacquoise - przepis od koleżanki, ale ogólnie dostępny w sieci. Już dawno nie miałam w ustach takiego nieba. Mascarpone z masą krówkową i bitą śmietaną z orzechami i daktylami wypełniało wnętrze zamknięte bezą.






U mnie chorobowo - kaszlowo, więc czas wypełniają nam zabawy różne i koronacje także.
O dziwo nie w różach królewna i korona też nie różana, ale dusza różami usłana.
Takie CasaBlankowe jest spoglądanie na świat - przez różowe okulary.
I w ciągłym, nieprzerwanym zapytaniu "A dlaczego? "
I światem jej odpowiadam - takim jaki znam.
Czasami wyobraźnią jak dziwniejsze pytania. Snujemy więc naszą opowiastkę nie z piasku i mgły, a ze słów, świata, wyobraźni, pragnień, zachwytów, książek.

I jeden króciutki dialog :
-Mamo, co mówi mama Juliana? - zapytuje Malutka, słysząc rozmowę dobiegającą z sąsiedniego pokoju, w której uczestniczy Młodszy Kuzyn i jego mama - ciocia Asia.
- "Julian, tylko nie wysyp" - cytuję to, co usłyszałam.
- A czy ciocia Asia jest piaskiem?













A i pieśń cudną mam :
Tyle z życia masz, ile dasz,
Tyle szczęścia w ile uwierzysz



sobota, 8 lutego 2014

Szczepana Twardocha odważne spojrzenia na rozpadający się świat

Łeb. Smród. 
        Łeb pęka. Język jak wyschły, martwy ślimak, chropowaty. Podniebienie pod skorupą zaschniętej flegmy. Łeb pęka. Pustynia. Smród własnych wyziewów.
        A więc obudził się? Obudził się? Nie obudził się. Jeszcze spać? Sen, zniknie cierpienie we śnie? Nie zniknie. 
        A we śnie... Był to sen?
                                                                                                                   Szczepan Twardoch Morfina

Powyższymi słowami zaczęłam wędrówkę z Konstantym Willemanemm ulicami Warszawy - tej z października 1939 roku - zgwałconej, zapadłej w sobie Warszawy [...] okien zaklejonych na krzyż, zgasłych latarni i bruków podartych tak, jakby ulice nagle zafalowały, wzburzyły się - jak mówi bohater.
I dodaje jeszcze : Płyty pozrywane, na chodniku błoto, trzewiki od razu powalane, na ulicy błoto i furmanki, w dwa tygodnie dwieście lat do tyłu.
Nie wszystkie miejsca chcę z nim odwiedzić, nie na wszystkie wydarzenia gotowa jest moja wrażliwość, ale... nie przerywam drogi.
Lubię jego dystans - do świata:
 Dałem kwiaty (chryzantemy)
-Grobowe - powiedziała.
-Żyjemy na cmentarzu - odparłem.



Mój warszawski przewodnik w przeszłym już czasie tak mówi o sobie:

Więc piłem w kryształowych pałacach z porcelanowymi księżniczkami, piłem ciekłe brylanty i koszule śnieżnobiałe, mankiety krochmalone, spinki jak złote słońca i guziki macica perłowa w złoto oprawiona, szampan i wódka jak olej białe, muszka biała i frak i muzyka i ostatnia niedziela, tango samobójców, a potem to wszystko powalane od jedzenia, sosów i czerwonego wina i czerwonych szminek na sztywnym gorsie koszuli i palta, owijamy się paltami i kobiety owijaliśmy paltami, kiedy śmiejąc się tak, że prawie wypluwaliśmy wnętrzności, szukaliśmy dorożki albo taksówki i jechaliśmy gdzieś, ulice Warszawy, ale nie tam gdzie Jureczek, jechaliśmy z kobietami albo sami z alkoholem zawsze już pijani czasem po kokainę czasem po opium do Chińczyka jechaliśmy, czasem biliśmy się z apaszami, nóż i kastet, i nie bałem się niczego, śmierci, czemu miałbym bać się śmierci, rozdarte rozbite gęby mordy nie nasze kiedy zbiliśmy jakiegoś nowobogackiego człowieka interesu, bo się spojrzał wzrokiem krzywym, a ty, Jureczku, z matką twoją Heleną. Droga, mokry śnieg, Dzidzia na kanapie.

Kim jest na kartach powieści  - tu i teraz? Tego nie zdradzę. To podróż indywidualna, pozbawiona jednoznaczności.
Ile stron zatrzymywało mnie na dłużej.  Ile zadziwień, zmrożeń, wzruszeń, szybszych oddechów, zachwytów.
Łzy też były - bardziej nad światem:
...chciałbym płakać, nad czym, nad kim , chciałbym utopić świat w moich łzach, chwycić tę uboga kobietę za kark i wepchnąć jej głowę pod powierzchnię moich łez... 

Zafascynował mnie język - narracja Konstantego i jeszcze kogoś, kogo każdy sam określi tak, jak czuje.
Erudycja Twardocha, jego spojrzenie niełatwe, wrażliwość męska, ujęcie rozpadającego się świata:
Ubranie, żeby pokazać, żem nie byle kto, a jednak byle kto. Żeby chroniło przed rozpadaniem się świata ... to wszystko zagrało w mojej duszy.

I myliły się oczywiście, poznikały wszystkie, tak jak ty znikniesz, Kosteczku, jak zniknie Iga i Salome zniknie, nie zostawiwszy nawet cienia, kręgi na wodzie, tchnienie wiatru, puste skorupy, tylko skała i piaszczysta droga bezwodna. 
I różnie znikały, przeżywszy wojnę albo jej nie przeżywszy, od ognia albo od kuli albo od raka, umierały szczęśliwymi lub nieszczęśliwymi, spełnionymi w swoim mniemaniu lub w swoim mniemaniu niespełnionymi , zaspokojonymi lub do smutnego końca niezaspokojonymi. 
Smutnego, bo każdy koniec jest smutnym, a raczej może istotą smutku jest koniec i przemijanie.




Zostawiam więc jesienną Warszawę, o jakiej najlepiej zapomnieć, ale przecież w tym smutku i cierpieniu właśnie rodzą się takie historie - ważne, niebanalne, o odkrywaniu siebie, zmierzaniu się z samym sobą.

***
Ferie sprzyjają odwiedzaniu okolicznych jezior, których mamy sporo.
Tam aura zatrzymała śnieg, o którym miasto dawno już nie pamięta.
A najpiękniejsze spacery z przyjaciółką.












poniedziałek, 3 lutego 2014

"A ja za twymi zimo włosami Tęsknię nocami" J. Harasymowicz

[...]
A w mieście błoto i błoto
A ja za twymi zimo włosami
Tęsknię nocami

I w niedzielę dopiero wyjeżdżam za miasto
Pociągiem rozpędzoną gwiazdą
Aby cię dotknąć zimo
Popatrzeć jak twój diadem świeci
I niech nasz pocałunek zimo
Gilem w lasy uleci

                                                                                                                           Jerzy Harasymowicz  Zima

Zimowy sobotni dotyk - wtulenia poza miastem.
Spacer nad jeziorem, które nie szumi, bo zmrożone zimnym oddechem.
Ślady Lampeduzianki malutkie jeszcze, drobiące, lekkie... jak ona - beztroska, ale nie do zatrzymania  w czasie. 
Chwytam ją dla siebie, dla niej samej na zdjęciach i filmach.
Niedługo Lampeduzianka zamieni się w Lampeduzę i kroki staną się większe, cień dłuższy, myśli z troską.
W tą sobotę skończy trzy lata.

A za włosami zimy tęsknię znowu, bo międzyczasie ogoliła głowę - czekam, aż odrosną.


Malutka uwielbia koty, więc na spacerze szukałyśmy dryfującego kota co się pokłócił z człowiekiem z wiersza Kazimiery Iłłakowiczówny. 
Dryfującego chyba bardziej na krze - bo pora taka,
Ale nie było zwierzaka.
Może sny go przyślą, 
A w nich wędrujący goście, 
Co śniegiem milczą i myślą,
Wypatrując go tęsknotą na pomoście.
By w wnet z kotem mądrym pogodzeni,
Powrócić do domu, w który się wyspa przemieni.


Kazimiera Iłłakowiczówna "Chodzi, chodzi baj po ścianie" ilustracje Paweł Pawlak

Gwiazdy symbolizują ferie - czas, który rozsypuję wokół Najbliższych.

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...