Aby uświadomić sobie piękno, majestat, świętość przyrody, trzeba być obecnym. Czy patrzyłeś kiedyś bezchmurną nocą w bezkres nieba, czy odbierał ci
mowę jego absolutny bezruch i niepojęty ogrom? [...] Albo w śpiew kosa w
cichy letni wieczór? Żeby coś takiego dotarło do świadomości, umysł
musi znieruchomieć. Musisz na chwilę odłożyć osobisty bagaż przeszłych i
przyszłych problemów, a także całą swoją wiedzę; w przeciwnym razie
będziesz patrzył, nie widząc, i słuchał, nie słysząc. Niezbędna jest
twoja całkowita obecność. W zjawiskach tych kryje się coś więcej niż
piękno zewnętrznych form: coś nienazwanego, niewysłowionego, jakaś
głęboka, wewnętrzna, święta esencja. Wszelkie przejawy piękna są nią
prześwietlone. Objawia ci się ona tylko wtedy, kiedy jesteś obecny. Eckhart Tolle Potęga teraźniejszości
Mamy takie miejsce za miastem, wtulone w las, gdzie niezauważalny czas zasiada wysoko na czubkach drzew, a spokój gwarantuje rzut oka na zwierzęta. Od połowy września jesteśmy w tym miejscu co tydzień.
To tam w złotomigdałowym kroju oka CasaBlanka znajduje spokój, w siodle wyciszenie i skupienie jakich niekiedy brakuje do budowy codzienności.
Najruchliwsza z istot na koniu zastyga. Miłośniczka zwierząt odnalazła wśród nich swoje miejsce. Odważna, na drugiej przejażdżce już kłusowała na lonży niesiona wspomnieniem historii o jednorożcach. I nie przeszkadza, że nie w różowo-turkusowo-białych kolorach, że rogu próżno szukać i tak czuje się jak elf, spełnia swoje marzenia.
CasaBlanka w siodle, LeoNard w wózku, a rodzice trenują obecność w myśl książki Eckharta Tolle Potęga teraźniejszości. Znaleziona w biblioteczce mężowej obok innych podobnych pozycji pozwala na wytchnienie, zatrzymanie, bycie.
LeoNard z uniesioną brwią jakże zakorzeniony w teraźniejszości;)
w wydrążonej łupinie orzecha można zmieścić dom i powietrze potrzebne na ćwierć oddechu i można go wysłać jedwabiem wymościć płatkami kwiatów i szczelnie od góry zamknąć drugą połową i nazwać światem a potem zapomnieć że rósł Halina Poświatowska W wydrążonej łupinie orzecha...
Październikiem idę po dywanie orzechów. Czekam na to cały rok.
Te najświeższe, ze skórki obrane, to moje niebo w gębie:)
Pamiętam drzewo rosnące na podwórku kamienicy mojej ukochanej babci i niebieskie wiaderko, w którym owoce orzecha gromadziłam jak skarby. Rozdeptane z impetem ( kto myślał o dziadku do orzechów), następnie misternie obrane, a jednak wciąż pełne wilgotnej ziemi. To nic, że drobinki piasku skrzypiały między zębami, że ręce z brązowymi tatuażami szorowało się szczotką - moja proustowska magdalenka... I mieszczę w smaku fragment dzieciństwa.
Teraz w ogrodzie mam swoich dwóch jakże rosłych przyjaciół, którzy pochylają się nade mną, koronują głowę spadającym liściem i wkładają w dłoń naręcze orzechów jak berło.
A tymczasem...więzi się zacieśniają.
LeoNard spowity w długie włosy Casablanki, w usta, które prawie nigdy się nie zamykają, w śmiech dźwięczący, w otulenie, zabawienie, opowieści - już teraz przychodzi do niego z całym swoim światem. Nie czeka, aż będzie spodnie miał na szelkach...
A poza tym mama karmiąca jedno popołudnie i wieczór spędziła patrząc w oczy nie swojego syna, a koleżanki, z którą była w kinie i na kawie. Kawa - karmienie - kino, a dzielny Maluch w objęciach taty. W oczy Woodiego Allena też zajrzała i Nieracjonalny mężczyzna urzekał od pierwszych scen - błyskotliwe dialogi, akademicki światek, cudny Joaquin Phoenix, ale im dalej w las, tym więcej drzew - przewidywalnie niestety. I zabrakło śmiechu do łez.
Damien Rice przemówił do mnie kiedyś utworem The Blowers Daughter i mówi dalej...
- A kiedy byłaś w drugiej ciąży, zastanawiałaś się, czy serce pomieści miłość do kolejnego dziecka? - Hmm..wtedy w to wątpiłam [...] Kiedy byłam w ciąży z Jeremim , ciocia powiedziała mi, że nie będę mogła uwierzyć, w jak naturalny sposób pokocham syna.
Wywiad Magdaleny Łyczko z Natalią Przybysz: "Gaga" lipiec/sierpień 2015
Wrześniujemy.
Z racji karmienia zamknięta jestem na tyle smaków, że otwieram drzwi nieznanych mi dotąd, a jakże zaskakujących. I tak bardzo cieszy, gdy trafiają one także do rąk CasaBlanki.
Więc mlekiem i miodem płyniemy - kokosowo -owsianym.
Smakujemy ciasteczkowe słońca pełnoziarnistej mąki żytniej, masła, jajka i cukru trzcinowego.
I rozpieszczamy swoje podniebienia i dzielimy się pod niebem chmurnym we wrześniowym ogrodzie, okruchami obrzucamy nasze koszule okrywające serca, które mieszczą jeszcze całą naszą miłość do LeoNarda. I świat stał się bogatszy o tę trochę miłości... (odwracając słowa wiersza Haliny Poświatowskiej).
Natalię Przybysz kartkuję ostatnio, wczytując się w jej światy w "Zwierciadle", "Wysokich Obcasach", "Gadze" . Idąc jej tropem, w swojej głowie odnajduję te same ślady rodzinnych emocji, łzy nagłe, które jak niespodziewani goście stają w progu oka, moc dziecięcego spojrzenia, uśmiechu, utulenia, pod którymi zastygam. Chwytam gwiazd we wspólnej zabawie, na haczyk zaciekawienia łowię wesołą twórczość wszelaką, a w morzu słów zanurzam podbierak i wrzucam do notesu wspomnień te najcenniejsze.
A o relacji z córeczką - pięcioletnią Anielką - wyczytałam w "Wysokich Obcasach": - Czego się od niej uczysz?
Ona mi sugeruje wiele rzeczy. Mówi: "Mamo, wyglądasz pięknie w tym
szlafroku, jak królowa" albo "Mamo, musisz zapuścić włosy. Będziesz
pięknie wyglądać, wiesz?". Ona jest takim małym coachem. Stosuje na mnie
pozytywne wzmocnienia. - Działa?
Chyba tak. Chcę jej pokazać, że jestem szczęśliwym człowiekiem,
dlatego staram się jak najszybciej przejść ten proces dojrzewania. To
spowoduje, że Aniela będzie widziała, że bycie kobietą może być ekstra,
że wcale nie musi kojarzyć się z poświęcaniem i byciem w cieniu. Dzieci
nas naśladują totalnie, więc dla nich trzeba jarać się życiem, spełniać
swoje ambicje, robić rzeczy, które nas kręcą.
Na początku była Mama. Mama była od zawsze. Oczywiście nie pamiętam naszego pierwszego spotkania, tego najpierwszego z pierwszych. Szkoda, że dzieci nie zapamiętują chwili swego przyjścia na świat i nie noszą potem w sobie przez całe życie tego, co wtedy poczuły i zobaczyły po raz pierwszy. Dobrze byłoby takie ziarno narodzin mieć w głowie, oglądać je i analizować w nieskończoność, wracać do nieskażonego żadnym uprzedzeniem obrazu. Tak jednak nie jest. Pierwsze „zapamiętane” obrazy naszej przeszłości nigdy nie są naprawdę „pierwsze”, stają się nimi dopiero po odsianiu przez świadomość wszystkich wcześniejszych chaotycznych i niezrozumiałych przebłysków. Izabella CywińskaDziewczyna z Kamienia
Zapisane w lipcu:
Próbuję dopowiedzieć ciąg dalszy, wciąż z marnym skutkiem. Dojrzewam do tego, by uwierzyć, ale tak trudno, gdy jest wciąż poza zasięgiem wzroku. Domyślam się go, intensywnie czuję, mimo że on taki nienachalny, delikatny, znający język czkawki i przeciągnięć. Czekam na spotkanie.
A w ogrodzie drzewo morwowe obrodziło jak nigdy. Drobne owoce, podobne do jeżyn, słodyczą rozlewają się w ustach. Lądują na dywanach firan, by później przechodząc przez malutkie paluszki CasaBlanki trafić do słoiczków, butelek. Wiśnia w tym roku też uśmiechała się owocem i malina zaświeciła na różowo. Takie bogactwo. A w sierpniu znajdziemy LeoNarda wraz z pierwszymi śliwkami.
Ostatni dzień sierpnia:
Znam już jego buzię, każdą minę rozmieniam na drobne, nad przeciągnięciem pochylona jestem i nad pomrukiem, a gdy głodny zapłacze, spieszę z pomocą, a karmienie to cały ocean bliskości. Tyle czasu we śnie, że cieszy każda aktywność. W czwartek minie miesiąc, odkąd się zobaczyliśmy.
CasaBlanka - starsza siostra - czuła, opiekuńcza, zawsze gotowa do pomocy. Zaakceptowała i pokochała tak naturalnie, po prostu.
Dziewczyna z Kamienia ( podarunek urodzinowy dla koleżanki ) znalazła mnie w ogrodzie i uwiodła tekstem zamieszczonym na początku. Pierwsza książka chwycona po narodzinach i jak wielka. Wkrótce ją sobie podaruję.
[...] Dziwni
ludzie, po ich przejściu pozostaje tylko szybko rozpływający się obłok. Często
rozmawialiśmy z Huttem o tych istotach, których ślady nagle się
urywają. Pewnego pięknego dnia wyłaniają się z nicości, by wrócić do niej, olśniwszy świat paroma błyskotkami. Królowie piękności. Żigolaki. Motyle. Wiele z tych osób nawet za życia nie miało większej konsystencji niż para wodna, która nigdy się nie skropli. Hutte jako przykład podawał osobnika , którego nazywał "człowiekiem plaż". Czterdzieści lat spędził on na plażach i basenach kąpielowych na miłych rozmowach, wśród letników i bogatych próżniaków. Gdzieś z boku lub na drugim planie tysięcy wakacyjnych zdjęć [...], ale nikt nie potrafiłby powiedzieć, jak się nazywał i dlaczego się tam znalazł. I nikt nie zauważył, gdy pewnego dnia znikł z wakacyjnych fotografii. [...] Często mawiał, że w gruncie rzeczy wszyscy jesteśmy "ludźmi plaż" i że " piasek - cytuję jego słowa - tylko przez parę sekund zachowuje ślady naszych kroków.* * Patrick Modiano Ulica Ciemnych Sklepików
Powyższe kadry "dzieci plaż" - CasaBlanka i jej kuzyn - uchwycone w pierwszy upalny weekend czerwca z całym zapachem lata, gorącym piaskiem usypywanym w zamki i stopami zanurzonymi w wodzie. I wzrusza widok małej dziewczynki i chłopca na tej samej plaży, gdzie w ich wieku wraz z kuzynostwem sprawialiśmy, że niejedna wieża pięła się w górę, a fosa wypełniała wodą z kolorowego wiaderka. Z tym samym uśmiechem, zapałem i słońcem rozświetlającym niewielkie ciałka. Jeszcze niecałe dwa miesiące i LeoNard też będzie pieczętował plażę swoimi malutkimi stopami.
* * *
Jakiś czas temu ulicą nie ciemnych sklepików, ale słonecznych kamienic doszłam do kawiarni Matras, by na niewielkim starym rynku, łykając misternie ozdobioną latte w gigantycznym kubku, podążać labiryntami ulic i bulwarów Paryża : zobaczyłem w dole szyny kolejki linowej na Montmartrze, ogrody Sacre-Coeur, a dalej cały Paryż, jego światła, dachy, cienie. [...] Nasze szlaki przecięły się wśród mnóstwa tych, po których krążą po Paryżu tysiące i setki tysięcy ludzi, niby tysiące i setki tysięcy malutkich kulek zderzających się czasem na olbrzymim bilardzie elektrycznym. I nie przetrwało z tego nic, nawet świetlna smużka, jaką pozostawia przelot świętojańskiego robaczka.*
I tej świetlnej smużki szukaliśmy wraz z głównym bohaterem powieści noblisty Patricka Modiano. Z dotkniętym amnezją prywatnym detektywem wędrowaliśmy szybko, łapczywie, pragnąc uniknąć wrażenia, że to wszystko mi się śni. Przeżyłem już swoje życie i jestem tylko duchem, który unosi się w ciepłym powietrzu sobotniego wieczoru. Po co nawiązywać zerwane od dawna więzi, szukać zamurowanych od dawna przejść? * Ale szukaliśmy wytrwale, odkrywając nowe tożsamości, by za chwilę porzucić je na rzecz innych. Nie żałuję podróży, odkryć. Senny klimat - nierzadko mroczny i Paryż - międzywojenny, okupowany i ten powojenny jak z utworu Ibrahima Maaloufa.
Film Yves Saint Laurent w reżyserii Jalila Lesperta urzekł przede wszystkim muzyką.
"- Nie zrozumiał i dziś nadal nie rozumie, czym jest walor
nieistotności. Oto moja odpowiedź na pytanie o głupotę D'Ardela.
- Bezużyteczność bycia błyskotliwym, tak, pojmuję. - Coś więcej niż bezużyteczność. Szkodliwość. Kiedy błyskotliwy
facet próbuje uwieść kobietę, kobieta odnosi wrażenie, że ona sama musi
stanąć do zawodów. Czuje się też zobowiązana zabłyszczeć. Nie może oddać
się bez żadnego oporu. A nieistotność ją oswobadza. Wyzwala z
uważności. Nie wymaga refleksu. czyni ją beztroską, więc również łatwiej dostępną". Milan KunderaŚwięto nieistotności
Nowy Milan Kundera.
Przyjemność. Słowo, którego użyłabym do nazwania tej mini- przygody z mini- powieścią.
Jakże bliski mi autor, którego "Nieznośna lekkość bytu" cytowana, czytana na głos- jeszcze nie mężowi - w łódce pośrodku jeziora... .Film, który nie zaistniał dla mnie, choć ze świetną obsadą, bo książka pokazała świat jedyny, jaki mogłam wtedy oglądać.
A teraz tylko przyjemność?
Dwugodzinny spacer przy niesłodkiej kawie osłodził mi pobyt w centrum handlowym.
Nie był to zwykły spacer, a intelektualny! ze słowami spienionymi delikatnie jak mleko w Latte, a jednak... nie zostaje na dłużej. A może taki był zamysł autora, który zdradza sam tytuł?
Ja jednak wolę "istotność" w powieściach i "błyskotliwość" w kontaktach damsko-męskich;)
Z okładki:
Święto nieistotności to historia czterech przyjaciół, Ramona, Alaina,
Charlesa i Kalibana, mieszkających w Paryżu. Ramon stawia czoła
kolejnym, młodszym od niego, pokoleniom, Alain rozmyśla nad tajemnicą
kobiecej seksualności, Charles szuka aniołów, Kaliban jest aktorem bez
publiczności. Każdy z nich zastanawia się nad własnym życiem i jego
błahością. W tle zaś przewija się korowód doskonale napisanych postaci,
od przypadkowo spotkanych osób, przez znajomych, żony, matki, aż po
samego Stalina i jego świtę, którzy mniej lub bardziej na poważnie
wtórują przyjaciołom w ich poszukiwaniach.
Majowość.
Ta z pierwszych dni - chłodna, chmurna, chłostająca wiatrem.
U nas wtedy jeziorna z nieskromnym niebem, taflą potarganą.
Z gorącą czekoladą, która pobudzała do tańca kolorowe paznokcie.
I pluszowy jamnik - ciągle w locie - ze śmigłowymi uszami.