piątek, 25 stycznia 2013

Jak czytać "Życie moje" bez okularów?


Krwi, snów, mknień, żądz, 
Gór, chmur, drżeń, zórz,
Łez, chwil, róż, słońc,
Łkań, gwiazd, gróz, mórz -- -- !
O, życie moje!
O, życie moje!
Bierz, gub, trwoń, trać,
W lot, w śmiech, w gniew, w szał!
Żyć! śnić! drżeć! łkać!
Mknij, leć, pędź, w cwał!
O - życie moje!!
O - życie moje!!
Ból? Śmierć? Tak, tak!
Wiem, wiem: czar złud!
Nic, nic! Dzień - ptak!
W pęd! w lot! w wir! w cud!
O, życie, życie moje!

                                                                                          Julian Tuwim   Życie moje

W wierszu Juliana Tuwima znalezionym dziś w tomiku "Wiersze na wagarach", który przeglądałam w księgarni,  podkreślam wzrokiem niejedno słowo, wytłuszczam drukiem, łowię myślą, chwytam dłonią,
a Dzień - ptak i tak odlatuje. A gdy się go czyta na głos? Sami spróbujcie!

Życiowo - Urodzinowo...
Pan Tau tak okrągłe miał święto jak kulki korali, którymi przyozdobiła ten dzień Lampeduzianka.
Wyśpiewanym Sto lat do uszka (przy dźwiękach obijających się o siebie tulipanów)
i laurkowym dziełem, rzuciła słońce pod nogi ledwo obudzonego tatusia.
Na śniadanie były naleśniki z bitą śmietaną i musem wiśniowym przyrządzone wspólnie słowami "mąka", "cukiel", "jajo", " telaz mieśać"... .
A ostatnio :
-  Kochanie, ja zawsze czytam ci bajeczkę, teraz ty przeczytaj - rzuciłam w stronę siedzącej na nocniku córeczki, która z zainteresowaniem wertowała strony podręcznika do języka polskiego dla klasy czwartej, poszukując ukochanego fragmentu książki "Witaj Karolciu".

-  Nie mogę, nie mam okulalów! - padła odpowiedź Malutkiej,  która zbiła mnie z tropu... .
Pan Tau nosi okulary cały czas, ja w ogóle, więc chyba podpatrzyła babcię, która używa do czytania.









                                          Do wykonania laurki oprócz farb, którymi Lampeduzianka znaczyła teren dzieła,                                użyłyśmy ilustracji Joanny Gwis


 Do wykonania mojej laurki użyłam "Wysokich obcasów" i zdjęcia Pana Tau

piątek, 18 stycznia 2013

Na karnawał : "Kochanie, zabiłam nasze koty"

...drzazga mojej wyobraźni
czasem zapala się od słowa...

                                                                             Halina Poświatowska


Moja choroba jak motyl usiadła niepostrzeżenie na ramieniu Pana Tau.
Jednak to nie koniec planu lotu bezszelestnego gościa.
Nie wiadomo kiedy odnajdujemy go na rozognionym czole Lampeduzianki, pod jej nosem.
I wszystko zaczyna się od nowa.  Zamiast śniegu na dłoni, jest kreda i tablica pod ręką.





Szukałam ostatnio opowieści, której nie porzucę w trakcie czytania.
Brak czasu wzmaga mój bieg ku stronom zapełnionym takimi słowami, które zawrócą mi w głowie.
Bo słowami chcę się upajać, z nimi tańczyć, tasować je, rozkładać przed sobą, wyciągać ponownie najlepsze kąski, łez nie żałować, a i zaśmiewać się aż po echo u sąsiada.

Przeczytane jeszcze jesienią... .
Pozycja biblioteczna - zaczytana i własna - nowa, nietknięta przede mną.
Mężczyzna - jeden z najwybitniejszych, uhonorowany najwyżej literacko i kobieta młoda z niewielkim bagażem, choć także z nagrodą skrzydlatą.

Nietuzinkowi bohaterowie odnalezieni na kartach powieści noblisty Mario Vargas Llosy Szelmostwa niegrzecznej dziewczynki. I o dziwo nie ona -kobieta najważniejsza, a Ricardo Somocurcio i jego przyjaźnie na tle historyczno - kulturalnym. Przemierzałam z bohaterem szukającym swojego miejsca Paryż, Londyn, Tokio, Aleksandrię... . Był uśmiech i łzy i zadziwienia, było niebanalnie i mądrze.


Oto jeden z przyjaciół, bohater, którego chciałabym poznać i z pewnością znalazłabym go w tłumie:
Salomon Toledano chełpił się znajomością dwunastu języków i umiejętnością tłumaczenia ich wszystkich w obie strony. Był to człowieczek niziutki i chudziutki, tonący w workowatych garniturach, które, można by rzec, kupował sobie umyślnie za duże, żeby na nim wisiały, o oczach żółwia, nieumiejących wybrać pomiędzy jawą a snem. Miał rzednące włosy, golił się co drugi lub trzeci dzień, tak, ze zawsze chodził z ciemną smugą na brodzie, z która wyglądał jak niedomyty. Nikt kto na niego patrzył, na takiego łachmytę, na takie nic, nie uwierzyłby w jego niewiarygodny talent do języków 
i bajeczną zdolność tłumaczenia.[...] Był nie tylko najlepszym tłumaczem słowa żywego, jakiego poznałem przez te wszystkie lata, gdy wykonywałem " zawód cienia" - tak go nazywał - lecz również najbardziej oryginalnym.
Wszyscy podziwiali go i mu zazdrościli, lecz mało który z kolegów go lubił. Przytłaczała ich jego gadatliwość, brak taktu, dziecinady i zachłanność z jaką zawłaszczał każdą konwersację. Wysławiał się swobodnie, lecz niekiedy prostacko, ponieważ choć miał w małym palcu słownictwo ogólne tego tuzina języków, nie znał odcieni, rejestrów, idiomów i zwyczajów lokalnych, co często nadawało jego wypowiedziom charakter prymitywny, bądź grubiański.[...] Mnie fascynowała jego osobowość zdziecinniałego geniusza, a jako, że potrafiłem go słuchać godzinami, nabrał do mnie szacunku 
i sympatii.

Polecam także ze względu na samą historię, z której nie chce się wychodzić, którą można przeżywać
w nieskończoność w ramionach: państw, miast, rewolucji,  przyjaciół, kobiet - a właściwie tej jedynej, najważniejszej - choćby tylko przez moment, w ułamkach życia.
A jak podsumowuje opowieść Ricarda jedna z bohaterek powieści?:
 - Wiesz, że to cudowna historia miłosna?! - wykrzyknęła Elena, patrząc na mnie ze zdumieniem. 
[...] za niegrzeczną dziewczynkę, za tę fantastyczną kobietę! - wzniosła toast Elena. - Jakie moje życie było nudne, Boże jedyny!

Druga książka to najlepsza zabawa pod słońcem - Kochanie, zabiłam nasze koty Doroty Masłowskiej.
W korowodzie słów drwiących, iskrzących, ponadprzeciętnych,
odnajduję czas największej przyjemności.
Czytam fragmenty na głos Panu Tau z dreszczem uśmiechu przebiegającym po plecach
i bawię się wybornie - podwójnie. Zakreśliłam mnóstwo cytatów, które raz po raz wycinam wzrokiem
i przyklejam to tu, to tam zdobiąc ściany dnia lub nocy. Karnawał w pełni!


O przyjaciółkach - strzał w dziesiątkę:
Zupełnie inaczej niż mężczyźni, ci rozmiłowani w rozgrywkach , konkursach, we wszelkiego typu "ja mam bardziej" wojownicy, kobiety uwielbiają uciąć sobie partyjkę w "mam tak samo".
Wpadłszy na siebie, dniami i nocami potrafią rozprawiać i zapewniać się w bliźniaczym podobieństwie doświadczeń i przeżyć; nawet ich fizjologia gustuje w siostrzyńskich przymierzach, synchronizując im cykle miesięczne. Wtedy popijają smakowe kawki i dziwują się w nieskończoność cudownej paralelności swoich traum, gustów kinowych i ulubionych jedzeń; chcą podzielić sprawiedliwie między siebie swoje klęski, swoje triumfy, swoje spirale. ,,Jeśli mnie lubisz, masz tak samo" — deklarują sobie w tej niemej przysiędze dozgonnej empatio-symetrii. Naciągają fakty, adiustują detale, przemilczają różnice, przycinają wspomnienia, mówią jednym językiem, by po paru tygodniach preparowania wszelkich dowodów na swoją bliźniaczość same w nią uwierzyć.
We dwie raźniej !
Ale niech raz która kiedyś powie: ,,mam zupełnie inaczej" albo „ ja to nie lubię koziego sera". Niech podniesie rękę na tę słodką symbiozę idylliczną, pachnącą pudrem i gumą Orbit programową jedność. Przerwie korowód empatii, odedrze od siebie siostrę syjamską jak nieważny kupon. Niech któraś nagle wyjdzie za mąż, a druga zostanie panną, niech jedna zacznie głosować na ugrupowanie prawicowe, choć druga deklaruje liberalizm, ta misterna, lecz chwiejna konstrukcja wpada w złowrogi dygot, by często w ciągu paru chwil złożyć się jak domek z kart, jedno szczęście, że nikt 
w nim nigdy nie mieszkał.

I jeszcze bohater:
[...] sprzedawca ze sklepu z armaturą, podobno absolwent hungarystyki, niemogący znaleźć pracy 
w zawodzie [...] Typ wychudłego, wiecznie zaplątanego w pajęczynie własnych kończyn gościa, 
w dodatku z małą błyszczącą łysinką, którą obsesyjnie krył pod szczwanymi zaczeskami. 
Łysinka zaś wbrew staraniom, niesforna i ciekawska, na swój sposób inteligentna, raz po raz wychyla się jak żądne wrażeń jajo spośród puszystego choć rzadkiego sianka włosów, rzucając na prawo 
i lewo pogodne bliki.


poniedziałek, 14 stycznia 2013

"Kto chciałby poczytać mi wiersz przy oknie, o zmierzchu?"

Język bada ostrożnie wypukłości liter
wnika w szczeliny pomiędzy zgłoskami
niektóre laski zapisanych słów
są jak pnie baobabu
tu można mieszkać
w tym się można skryć
w upatrzonej niszy w szparce
pod korą znaków upychać
niewidzialnego gołym okiem
złote pierścienie
słoje
uchodzącego czasu. 

                                                  Urszula Kozioł

W Nowy Rok weszłyśmy z chorobą.
Lampeduzianka oskrzelowo walczyła, a ja trwałam podtrzymując wszelkie zachwiania.
Trudny czas i pierwsze Malutkiej niedomaganie.
Dziś już w pełni weszłam na feriową ścieżkę, na którą sypnęło nieco śniegiem, ale nie dla mnie ten  saneczkowy czas z córeczką.  Mama chola i ma kaszelek - jak to podsumowuje Lampeduza.



Temperatura mąci mi w ciele.
Domowe pielesze łagodzą jego nieobyczajność, a ja wnikam w szczeliny pomiędzy zgłoskami
Urszuli Kozioł - poetki, która w poprzednich Wysokich Obcasach w artykule Rozgardiasz szpargałów
tak wzruszająco opowiadała siebie.
Niektóre laski jej zapisanych słów są jak pnie baobabu, wchodzę ostrożnie do środka, rozglądam się i już wiem, że tu można mieszkać, w tym się można skryć.

Gdy wraca do osób, miejsc, relacji:
Mieliśmy taki klub, w bardzo ładnym pałacyku. Był tam teatr lalek, była knajpa i spotkania autorskie. Słuchaliśmy jazzu i dużo piliśmy, bo w tych latach w ogóle dużo się piło [...]  Nikt się nie bawił trawką, marihuaną. Piło się, i ćmiło mnóstwo papierosów. To były niekończące się spotkania. Drzwi się nie zamykały, bo ciągle ktoś wchodził i miał coś ciekawego do powiedzenia [...] To był czas pięknych przyjaźni.
  
Głośne czytanie i Leśmian - odnalazłam coś wspólnego:

Z Felkiem (mężem) czytaliśmy sobie nie tylko przekłady, ale i własne wiersze. Często pisaliśmy razem, znaczy równocześnie. W końcu zdarzało się, że zabierałam jego kartki i nie wiedziałam potem, który wiersz jest jego, a który mój [... ] Dla mnie to było coś oczywistego, to głośne czytanie wierszy, bo i w moim domu rodzinnym czytało się głośno. Moi rodzice, nauczyciele, byli zwariowani na punkcie recytacji, więc od najwcześniejszych lat byłam osłuchana z poezją. Mama kochała Leśmiana i ja przejęłam od niej tę miłość, i nie mogłam uwierzyć, chodząc po Zamościu, że chodzę po tych samych kamieniach, co on. Wchłonęła mnie całkiem jego metafizyka, lecz i jego erotyzm. I cudactwo języka.

Z Panem Tau też lubimy poczytać sobie wzajemnie - ja wierszuję, on prozuje, bądź prasuje (tu: czytanie wycinków prasowych), a dla Lampeduzianki  recytujemy duszą całą z przebogatą mimiką. Podsłuchuję niekiedy, gdy tatuś czyta córeczce barwą tak wysoką, że ta zaśmiewa się wniebogłosy. Dziecko czyni z nas najlepszych recytatorów pod słońcem!



Jest i o samym tworzeniu:
Są też wiersze, które piszesz przez całe życie. Od kiedy istniejesz, coś się krystalizuje, supła 
i wytwarza, aż przychodzi chwila, kiedy musisz natychmiast przekładać na język to, co było bezsłowne, ledwo przeczute, w domysłach. Próbujesz się do tego przymierzyć, a przekaz jest, ale i nie jest, uchyla się. Lecz jeśli go teraz nie złapiesz, to jutro nie będzie już taki jak dziś, będzie inny. 
I niesamowite jest, że mieścisz się na małej karteczce, a między wierszami tego drobiazgu jest tyle sensów, że prawie nigdy ich nie wyczerpiesz.

Ocalone skupienie. Tak przynajmniej jest w wierszach, które ja uważam za wiersze.[...]
Wiersz, jakim ja go rozumiem, musi być nośnikiem skupienia. Przenosisz w nim tajemnicę, jak kiedy przechodzisz przez rzekę, trzymając nad głową coś cennego, co musisz donieść na tamtą stronę.

Urzekło mnie porównanie o przenoszeniu skarbu nad głową.
Czytelnik stoi po drugiej stronie i wyciąga dłonie po ten skarb, a co z nim zrobi?
Doceni, choć może nie zawsze wszystko pojmie od razu.
Do tego również potrzeba skupienia, czasu, siebie... . 

To coś cennego odnalazłam także w książeczce zakupionej dla Lampeduzianki,
dla siebie: Dźwięki kolorów Jimiego Liao. 
Dziś dwie ilustracje słowami zdobne, a może słowa wzbogacone ilustracjami-
dla mnie jedno i drugie - zależnie od tego, czego szukam.
Niedługo o niej opowiem.
I jeszcze jeden nośnik skupienia wspomnianej poetki:

Przelotnie
To było Nic.
co weszło na chwilę pomiędzy nas
niewidzialne lecz rozedrgane weszło
i zaczaiło się.
Cóż to za Nic.
Niby go nie ma a jest
i już
od ramienia do ramienia urasta obwód
i już płata nam coś korci i plącze.
Zerkam a ty
dorysowujesz mu skrzydło
Zerkasz –
to ja też mu skrzydło przyprawiam
a to - mig mig –
i odfrunęło.
Odfrunęło Nic z naszymi skrzydłami
i zaraz nam czegoś zabrakło.
                                                         Urszula Kozioł




niedziela, 30 grudnia 2012

"Dobra krew" pretekstem do pytań o siebie.

Żyjąc jesteśmy otoczeni mnóstwem niedostępnych gołym okiem światów, o których istnieniu nawet nie wiemy i do których najprawdopodobniej nigdy nie dotrzemy. Nasza wyobraźnia jest zbyt uboga, nasza intuicja - zbyt zawodna, a wiedza - cząstkowa i ograniczona. Toteż najczęściej nie jesteśmy świadomi, że przynajmniej teoretycznie, mogliśmy poznać wiele bogactw i niezwykłości istniejących 
w zasięgu naszej ręki. Tyle, że chęć takiego poznania mają tylko nieliczni, jest to przygoda uprawiana przez niewielu, namiętność, która rzadko pojawia się w człowieku
                                                                                                                  R. Kapuściński  Lapidaria


Za sprawą "Dobrej krwi - w krainie reniferów, bogów i ludzi" odbyłam jedną z najbardziej zadziwiających podróży.
Nie na kanapie siedziałam, a na zimnej, okrytej wieczna zmarzliną, ziemi,
nie pierogi poświąteczne z kapustą i z grzybami zajadałam, a surowe ryby i mięso renifera popijając świeżą krwią,
nie w głos Lampeduzianki krążącej to tu, to tam wsłuchiwałam się, a trzyletniej krnąbrnej Aliny mieszkanki jednego z czumów - domów - namiotów Nieńców,
nie przy ogniu kominka się grzałam, a przy ognisku rozpalanym wewnątrz skórzanego namiotu za pomocą niskich traw i mchu.
Wszystko miało miejsce na Jamale - końcu świata jak tłumaczy się tą nazwę- na północy Syberii.
Magdalena Skopek wraz ze swoim zielonym zeszytem zamieszkała na kilka miesięcy wśród kasłajacych - czyli przenoszących się z miejsca na miejsce Nieńców. Wędrują, ale właściwie krajobraz niezmienny, bez punktu zaczepienia. Jej reportaż zapiera dech i zdjęcia magiczne.

Najpiękniejsza baśń jaką czytałam, tak nieprawdopodobna, a jednak prawdziwa. 














Fragment książki unoszący się nad całą historią jak tańczący w czumie bajkowy dym (zdjęcie powyżej) :
 

Tak sobie myślę, że często mamy jedynie wyuczoną, martwą wiedzę, o tym, że coś jest takie lub inne, ale nie potrafimy uzmysłowić sobie skali, rozmiarów czy znaczeń. 
Kiedy jesteśmy w podróży, pewne rzeczy, zjawiska, przestrzenie, pojęcia czy przekonania, wcześniej będące jedynie pustymi wyobrażeniami rzeczywistości, zaczynają w naszych głowach nabierać  nowego, fizycznego wymiaru. 
Mały cud zdarza się za każdym razem, gdy złożoność i niejednoznaczności świata budzą jakiegoś ślepca ze snu z otwartymi oczami.
Kontrast i inność wymuszają porównanie i zmuszają do myślenia, dziwią, zastanawiają, szokują. Bo trzeba zobaczyć wiele miejsc, aby, a i to nie jest pewne, mieć możliwość zrozumienia jednego. Żeby w ogóle móc zauważyć, że tata próba zrozumienia warta jest wysiłku. I to również jest celem podróży.

W Wysokich obcasach znajduje się wywiad z autorką, gdzie na pytanie czego się o sobie dowiedziała, odpowiada:

- Że nie jestem w stanie sama się ze sobą nudzić. Że im dłużej jest się w tym, co na pierwszy rzut oka wydaje się ''niczym'', tym więcej z człowieka wychodzi na wierzch. Okazało się, że mam w sobie tyle przemyśleń, emocji, życia wewnętrznego, że poradzę sobie z samotnością. I że taka otwarta przestrzeń jest mi potrzebna. Pewnie da się to też w codziennym życiu w sobie odnaleźć, ale myślę, że to dużo trudniejsze.
[...] Wiesz, te godziny spędzone przy ognisku w czumie, kiedy człowiek jest sam ze swoimi myślami, sprawiają, że stają przed oczami obrazy sprzed 15 lat, z dzieciństwa. Odkrywa się przeróżne wspomnienia. Każdy ma w sobie jakiś swój krajobraz. Ja mam tundrę.

Ile trzeba mieć w sobie odwagi na taką samotną podróż,
siły, by przetrwać w warunkach, do których nie jesteśmy przyzwyczajeni.
Nagrodą jest wiedza o sobie samym, bo jak napisała autorka: w tundrze człowiek spotyka się bardziej 
z samym sobą niż z kimś innym.
Jakie jest moje miejsce spotkania - jeszcze go nie znalazłam, wiem, że powinno być wymagające i czuję, że wciąż na mnie czeka.
A i mam przecież swojego renifera!



niedziela, 23 grudnia 2012

Z własnym płatkiem śniegu ku Pierwszej Gwiazdce



W ten wyjątkowy Czas - kiedy to, jak pięknie opisał Norwid:
...przy wzejściu pierwszej gwiazdki wieczornej na niebie,
ludzie gniazda wspólnego łamią chleb biblijny,
najtkliwsze przekazując uczucia w tym chlebie...

życzę, aby nasze wewnętrzne mapy życia,
pokazywały te krainy, które świecą najjaśniejszym blaskiem życzliwości i dobra
i są wyczekaną przystanią dla drugiego człowieka.

Mam jeszcze fragment baśni Andersena, której rękopis odnalazł 13 grudnia w Archiwum Państwowym
w Odensie pewien historyk Esben Brage.  Pisarz stworzył ją jeszcze przed debiutem literackim dla pewnej wdowy po pastorze, u której znalazł zrozumienie i dzięki której pogłębiał pasje.

Wieczorem, gdy czekałam na ciasteczka, które dopiekały się, zaczytana i owinięta baśnią, zaczęłam podążać myślami w stronę tego, co najważniejsze.
Takich spotkań życzę.

[…] Biedna łojówka została sama, opuszczona, nie wiedziała, co robić […]
I wtedy spotkała płomyk, krzesiwo; znało świecę lepiej niż ona sama, bo było bardzo przenikliwe  - potrafiło ją przejrzeć i zobaczyć co jest pod zewnętrzną skorupą – i dostrzegło w jej wnętrzu wiele dobra; dlatego zbliżyło się do niej, a w świecy obudziły się jasne przeczucia; zaczęła płonąć i stopiło się jej serce.
Płomień jaśniał – niczym radosna pochodnia zaślubin. Wszystko wokół stawało się jasne
i wyraźne, płomień oświetlał drogę otoczeniu, prawdziwym przyjaciołom i poszukiwali teraz prawdy w kręgu światła, i ją znajdowali [...]
                                                                                       
                                                                                                   Świeca łojowa  H.Ch. Andersen

piątek, 21 grudnia 2012

"nawilżam twarz szczęściem, odstawiam zgiełk"

Powoli zmywam z siebie lęk,
nawilżam twarz szczęściem, odstawiam zgiełk... 

                                                                              Myslovitz Życie to surfing

Dzisiejsza Wigilia w pracy i słowa dobre, ważne,  schowane w przełamanym opłatku zakończyły ten rok.
Odstawiam zgiełk korytarzy szkolnych, zapominam o dzieciach, skupiając się najmocniej na swoim.
Nawilżam twarz szczęściem oczekiwania.
Zmrużam oczy, oddycham, a oddechu nie słyszę, bo przez szczeliny powiek przenika wiersz Anny Kamieńskiej Śmieszne, którego słucham w sobie i rozważam pomiędzy łykami herbaty...

Jak to jest być człowiekiem
spytał ptak
Sama nie wiem
Być więźniem swojej skóry
a sięgać nieskończoności
być jeńcem drobiny czasu
a dotykać wieczności
być beznadziejnie niepewnym
i szaleńcem nadziei
być igłą szronu
i garścią upału
wdychać powietrze
dusić się bez słowa
płonąć
i gniazdo mieć z popiołu
jeść chleb
lecz głodem się nasycać
umierać bez miłości
a kochać przez śmierć
To śmieszne odrzekł ptak 
wzlatując w przestrzeń lekko

Patrząc na termometr za oknem jestem jak igła szronu i poprzez cuda nadchodzących dni zamierzam dotykać wieczności, której pojąć nie potrafię, ale postaram się ją przemyśleć.
Dusić się bez słowa nie będę, bo rozmów mnóstwo na mnie czeka.
A jako szaleniec nadziei, stanę odważnie twarzą w twarz z Nowym Rokiem.

Z Lampeduzą zabawiłyśmy się ostatnio w kalendarz adwentowy.


Przygotowane wspólnie karteczki oznaczone numerami kryły zadania - z nożyczkami, klejem i kredkami
w roli głównej. Smarowanie klejem w sztyfcie spodobało się nad wyraz i zazwyczaj wieńczyło dzieło.
Zaangażowana, przejęta i z naręczem słów, pomaga jak umie najlepiej płaską kartkę zamienić w renifera, bądź aniołka. 
A dziś podsłuchałam, jak bawi się słowami.
Wypowiedziała głośno Mateusz ( imię chrzestnego) następnie nieco ciszej szeptała do siebie i utworzyła pieluszkę, którą znowu głośno powiedziała kilka razy, by na końcu słowo pieluszka zamienić na kapelusz.
Słowa oczywiście wypowiadała już wcześniej, ale połączenie i wyszukiwanie w pamięci było zdumiewające.
MATEUSZ - PIELUSZKA - KAPELUSZ










Na dziś zacytowany Myslovitz, chwytający za serce, więc:
Wstawaj! Życie to surfing, więc nie bój się fal 

Dla początkujących wersja podstawowa,


a dla zasłuchanych z nieziemską grą Leszka Możdżera





sobota, 15 grudnia 2012

Milczenia śniegu szukam w sobie

Milczenie śniegu, pomyślał mężczyzna siedzący tuż za kierowcą. Jeśli miałby to być początek wiersza, tak właśnie określiłby swój obecny stan ducha: milczeniem śniegu.
                                                                                                                                       Orhan Pamuk




Tydzień temu nad ranem zastałam widok, którego nie zamierzałam roztrwonić.
Poranne wstawanie sobotnie ma urok pod warunkiem, że po wyjściu z domu, zastaje się białe cuda.
Ja czekam na biel w sobie -spokojną, cichą i przede wszystkim z czasem dla najbliższych, dla siebie.
Nie ma we mnie jeszcze milczenia śniegu, ale wyglądam go, bo to najpiękniejszy czas.



Choć ostatnio krajobraz za oknem układał się w zimową w mozaikę, byłam bardziej fragmentem wiersza
Leopolda Staffa Deszcz Jesienny:
O szyby deszcz dzwoni, deszcz dzwoni jesienny

I pluszcze jednaki, miarowy, niezmienny,

Dżdżu krople padają i tłuką w me okno...

Jęk szklany... płacz szklany... a szyby w mgle mokną 
Głośno we mnie.
Dwa ostatnie weekendy- szkolenia na egzaminatora, mnóstwo dodatkowych zajęć w pracy i po niej.
Dzisiaj odwilż i topię razem z nią moje ostatnie zmrożenia wywołane nadmiarem obowiązków, stresem
i płynę z roztopionym śniegiem w stronę Pierwszej Gwiazdy.
Wiem, że najpiękniej jest czekać, ale ten czas umyka niepostrzeżenie, a w kieszeniach duszy
jakoś niewiele zostaje.
Może wrzucę tam piernika polukrowanego jakąś dobrą rozmową, bo dziś wyjście w gronie dam.
Była też Maria Peszek w żaden sposób nie wpisująca się w adwentowy czas,
ale bojówkowa i waleczna za to. Koncert w Poznaniu przenikał po same końce, mocny, energetyczny
i z zasobami, do których sięgam, gdy jestem na wyczerpaniu. Coś dla ciała, dla ducha.
A poprzedzony kawą i czekoladową tartą w magicznym miejscu zwanym U Przyjaciół.
Kawiarnia literacka z zacięciem teatralnym.  Polecam.






Malutka też zaliczyła swój pierwszy duży koncert-Arki Noego-w poznańskiej Arenie na Luxfestival.



poniedziałek, 12 listopada 2012

Różanopalca Eos zaprosiła mnie do ogrodu spełnienia.

Już w szkarłatne Jutrzenka przybrana odzienie 
siała złote po całym okręgu promienie [...]
                                                                               Homer Iliada


Wczoraj powitała mnie różanopalca bogini jutrzenki - Eos - którą udało mi się z okna chwycić za dłonie.
Mitologia z lekcji przenosi się do codzienności. I nad Jutrzenką się pochylam, wspominając poniższy fragment:

Piękne oblicze młodej bogini jaśnieje rumieńcem zorzy porannej, a wśród szarych świtów zakwita jej szata barwy szafranu.
W jakieś wiosenne rano ujrzała Eos z wysokości nieba urodziwego królewicza Titonosa i zakochała się w nim, i zapragnęła go poślubić. Ale że był człowiekiem, uprosiła wpierw Dzeusa, by mu dał nieśmiertelność. Lata mijały w szczęśliwym pożyciu małżonków, gdy nagle Eos zauważyła zmianę: oto barki Titonosa pochyliły się, włosy stały się rzadkie i siwe na skroniach, twarz, dawniej tak cud­na, pokryła się zmarszczkami. Titonos starzał się z każdym dniem bardziej. Gorzko płakała młoda bogini! Zapomniała bowiem prosić Dzeusa, by wraz z nieśmiertelnością dał mu wieczną młodość. Nie było już rady. Titonos mając kilkaset lat zgrzybiał zupełnie, zdzie­cinniał i stał się taki maleńki, że żona kładła go do kołyski i ze wstydu przed bogami chowała za parawanem, skąd dochodziły jego słabe jęki i skomlenia. W końcu Dzeus przemienił go w świerszcza.


I nie sposób nie przypomnieć sobie filmu Ciekawy przypadek Benjamina Buttona - i wymownej sceny końcowej, w której żona tuli niemowlęcego męża... .

Lampeduzianka przetarła mi na dobre oczy swoim porannym śpiewem dla lali - Lulilaj moja ciuletko - prawie na melodię kolędy, którą nieco przetworzoną śpiewałam jej niekiedy do snu.
Słuchałam jak zaklęta - odtworzyła to sama.
Ale ona słownie zadziwia nas już od tak dawna i wpadamy pomiędzy to, co mówi i już nie ma odwrotu. Zdania jeszcze nieporadne, ale już tworzy połączenia, które wychodzą jej zadziwiająco dobrze.
Gdy trzymała dziś płytę w ręku, padły słowa - Tu Ania piewa lalala... . 
I tak w zasłuchaniu, zapatrzeniu trwamy z Malutką, która w lutym skończy już 2 lata, odwiedzamy wspólnie już miesięcznego kuzyna - Sianusia, który - jak wspomniana Eos - też różanopalcy, a Lampeduzianka w rozterkach i zadumaniach nad tym, jaki on jeszcze malutki, no i kiedy wreszcie będzie się z nią bawił. 





















                                                                         I jeszcze...
 dwa słowa, które niosą tyle przyjemności  -  ogródek przydomowy. Wywalczony, bo więcej chętnych było - swego czasu okupiony nawet łzami - ale udało się - jest nasz!!! Zarośnięty, zaniedbany - bardziej przypomina tajemniczy ogród, ale 101 metrów i dwa orzechy stojące dumnie tchnęły we mnie ducha, który w ten weekend zgarniał liście, wyrywał chwasty i cieszył się jak dziecko - kawałkiem dzierżawionej ziemi  przy kamienicy przez nas zamieszkanej. Herbaciany toast dopełnił całości. Wkrótce zdjęcia.





środa, 24 października 2012

Z "Delikatnością" zamierzam czytać Dorotę Masłowską w rytmie Marii Peszek

Ludzie w swoich codziennych wyrzekaniach mówią często zdania, z których wystaje metafizyka. Mam trochę notatek z tego, co mówiła moja córka, kiedy była mała [...] bił z tego urok posługiwania się mózgiem na chybił trafił.
                                                                                                            Dorota Masłowska ( Wysokie obcasy )
                                                                                                         
     Wybudzona i rozproszona  nocą przez Pana Tau,  który telefonicznie poinformował mnie, że już wraca z klasowego spotkania po latach, nie mogłam nakryć myśli kołdrą snu. Marzłam, bo okrycie opadało z impetem, gdy myśli kotłowały się nie mogąc znaleźć miejsca.
Zasiadłam więc około 3 nad ranem w kuchni objęta Delikatnością Davida Foenkinosa, a dokładniej rozmową Barbary Kuchty z autorem w ostatnich Wysokich obcasach. Dzięki tej rozmowie zobaczyłam Davida  jako człowieka, któremu Kieślowski nie obcy, a Polański ukochany, a słabość do Polaków ma tak wielką, że dwóch umieszcza w każdej swojej powieści w różnych rolach.


Europa wschodnia mnie ukształtowała, kiedy miałem 16-20 lat. Jazz muzyka Krzysztofa Komedy. Książki Milana Kundery. Mój ulubiony pisarz to Gombrowicz. Mam mnóstwo książek o polskiej kulturze, na przykład o Witkacym.

Zainteresowało mnie w Delikatności to, że jest to powieść z dygresjami i cytatami, a to zachęca ołówek  temperować, zakreślać nim i określać się względem zakreśleń, nakreślając tym siebie.  

Często cytuję własne cytaty. Bardzo lubię ten pomysł [...] Lubię ten aspekt zabawowy i grę z czytelnikiem [...] Kocham książki szczodre, w których autor dzieli się swoimi fascynacjami - czytelnik ma ochotę obejrzeć jego ulubiony film, przeczytać książkę.

Ważne jest tez to, że została zekranizowana, a główna rola należy do Audrey Tautou, ale na początek książka.

          Moje nocne spotkanie z Davidem przypieczętowałam gruszką, ale już poranne, miało mocniejsze uderzenie - dlatego wybrałam granat - bo postać wybuchowa - Dorota Masłowska - swego czasu uwielbiana za Wojnę polsko-ruską i ten język niepokorny, ale ile to było lat temu? Czy nadal zachwyca? Warto sprawdzić!




Katarzynie Surmak-Domańskiej opowiada o inspiracjach:
Słuchając radia, jeżdżąc tramwajem, chodząc po sklepie, łapiesz na radar mnóstwo potencjalnych fabuł, pomysłów. Na różnych paragonach mam ponotowane rzeczy, których nie byłabym w stanie wymyślić sama[...]

O spostrzeżenia na temat wszechludzi mieszkających we wszechmiejscach:
Poza tym, jakie znaczenie ma teraz miejsce? W dobie ekonomicznych lotów, które przenoszą nas jak teleporty do miast o identycznych strukturach. Czy przebywam w Krakowie, Dreźnie, Pradze czy Berlinie, mam wrażenie, ze jestem w mieście homogenizowanym, którym rządzą identyczne mechanizmy, identyczne schematy. Tu stacja Shell, tu Lidl, tu Carrefour z tymi samymi produktami, co u mnie pod domem. Unia Europejska wprowadziła wiele udogodnień, ale pod wieloma względami jest siłą niszczącą. Zabija lokalność, specyfikę. Zaczynamy funkcjonować we wszechmiejscu.
Dlatego ludzie stają się ogólni, stają się wszechludźmi. Możemy żyć wszędzie. Narodowość i miejsce zamieszkania przestają definiować człowieka. [...]  Ludzie młodzi, może jeszcze nie z mojego pokolenia, ale myślę, że z pokolenia mojej córki już tak, mieszkający w różnych krajach będą coraz bardziej do siebie podobni. Dla nich narodowość nie będzie bardziej istotnym wyróżnikiem niż kolor włosów. 

Martwi się o język - pod czym też mogę się podpisać:
Ten język sztucznego tłumaczenia, który widzimy w niegramotnie przetłumaczonych książkach czy stronach internetowych, to trochę przyszłość języka polskiego. Zanik odmian, kalki gramatyczne, obce wtręty. 

Rozmowa, której mam ochotę się przysłuchać, gdzie słowa są głośne, znaczące, a nową powieść Kochanie, zabiłam nasze koty już ubieram w barwę granatu i domyślam się, że będzie równie soczysta jak nasiona tego owocu. Będę rozgryzała, plamiła się, smakowała - o tak! Najlepiej pod takim niebem, jak to uchwycone w sobotę i nie szkodzi, że poprzecinane futurystycznie wyglądającym metalem, bo i Masłowska i Peszek, o której mowa niżej, są takim zadziornym pięknem. 



I mam nadzieję, że przygrywać mi będzie nowa Maria Peszek, bo jej słowa przeszukuję jak zapomniane kieszenie, w których znajduję skarby na pocieszenie:

Bez Ciebie znaczę mniej
Niż pocztowy znaczek
Bez Ciebie jest mnie pół
Bez Ciebie jestem jak
z powyłamywanymi nogami stół


niedziela, 14 października 2012

"W pogoni za życiem" biegnę w stronę tęczy.

Teraz mu patrzeć, jak wierzchem obłoku
Tęcza, bezmiary objąwszy, rozkwita,
Poprzerywana i niecałkowita,
Jakby się śniła zmrużonemu oku.

                                                                                        Bolesław Leśmian Tęcza (fragment) 



Spotkana po drodze
Prawie się o nią potknęłam.
Podarowałam ją Lampeduziance - to chyba jej pierwsza w życiu, zauważona i świadoma tęcza.
A ona wielobarwna w tamten piątek przyniosła Sianusia - jak nazywa kolejnego Kuzyna Malutka.
W ten sam dzień trzymałam malutką rączkę z niezwykle długimi paluszkami i ona narysowała we mnie tęczę .
Dzielna Kuzynka Mamą.

kiedy trwam
we wnętrzu miękkich kokonów dni
kiedy przeciągam się we wnętrzu miękkich kokonów
nie wiem
(czas jest względny)
czy dni mijają
czy ja mijam

szybkość ma własności odurzające
coraz szybciej mijają dni
                                                                                          Halina Poświatowska

Pierwsza z serii:

















Jeden Jętkowy życia dzień.
Zupełnie jak całe życie człowieka, ale ile ono trwa? Przechodzi ludzkie pojęcie.
Pokochałam historię opowiedzianą przez Przemysława Wechterowicza i namalowaną, a tym samym ożywioną przez Emilię Dziubak
Więc i  dla Jętki Jednodniówki mam tęczę, której nie zdążyła zobaczyć, a może odbijała się w oczach Muchy - przewodniczki, z którą spędziła całe swoje życie?
Tyle się dzieje w tej opowieści, jest szybkość mijających godzin, które można by było rozłożyć na lata, bo wypełnione po brzegi, a przecież pogoń za życiem trwa nie tylko u Jętek, a nam się ciągle wydaje, że mamy tak mało czasu .






























Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...