środa, 24 października 2012

Z "Delikatnością" zamierzam czytać Dorotę Masłowską w rytmie Marii Peszek

Ludzie w swoich codziennych wyrzekaniach mówią często zdania, z których wystaje metafizyka. Mam trochę notatek z tego, co mówiła moja córka, kiedy była mała [...] bił z tego urok posługiwania się mózgiem na chybił trafił.
                                                                                                            Dorota Masłowska ( Wysokie obcasy )
                                                                                                         
     Wybudzona i rozproszona  nocą przez Pana Tau,  który telefonicznie poinformował mnie, że już wraca z klasowego spotkania po latach, nie mogłam nakryć myśli kołdrą snu. Marzłam, bo okrycie opadało z impetem, gdy myśli kotłowały się nie mogąc znaleźć miejsca.
Zasiadłam więc około 3 nad ranem w kuchni objęta Delikatnością Davida Foenkinosa, a dokładniej rozmową Barbary Kuchty z autorem w ostatnich Wysokich obcasach. Dzięki tej rozmowie zobaczyłam Davida  jako człowieka, któremu Kieślowski nie obcy, a Polański ukochany, a słabość do Polaków ma tak wielką, że dwóch umieszcza w każdej swojej powieści w różnych rolach.


Europa wschodnia mnie ukształtowała, kiedy miałem 16-20 lat. Jazz muzyka Krzysztofa Komedy. Książki Milana Kundery. Mój ulubiony pisarz to Gombrowicz. Mam mnóstwo książek o polskiej kulturze, na przykład o Witkacym.

Zainteresowało mnie w Delikatności to, że jest to powieść z dygresjami i cytatami, a to zachęca ołówek  temperować, zakreślać nim i określać się względem zakreśleń, nakreślając tym siebie.  

Często cytuję własne cytaty. Bardzo lubię ten pomysł [...] Lubię ten aspekt zabawowy i grę z czytelnikiem [...] Kocham książki szczodre, w których autor dzieli się swoimi fascynacjami - czytelnik ma ochotę obejrzeć jego ulubiony film, przeczytać książkę.

Ważne jest tez to, że została zekranizowana, a główna rola należy do Audrey Tautou, ale na początek książka.

          Moje nocne spotkanie z Davidem przypieczętowałam gruszką, ale już poranne, miało mocniejsze uderzenie - dlatego wybrałam granat - bo postać wybuchowa - Dorota Masłowska - swego czasu uwielbiana za Wojnę polsko-ruską i ten język niepokorny, ale ile to było lat temu? Czy nadal zachwyca? Warto sprawdzić!




Katarzynie Surmak-Domańskiej opowiada o inspiracjach:
Słuchając radia, jeżdżąc tramwajem, chodząc po sklepie, łapiesz na radar mnóstwo potencjalnych fabuł, pomysłów. Na różnych paragonach mam ponotowane rzeczy, których nie byłabym w stanie wymyślić sama[...]

O spostrzeżenia na temat wszechludzi mieszkających we wszechmiejscach:
Poza tym, jakie znaczenie ma teraz miejsce? W dobie ekonomicznych lotów, które przenoszą nas jak teleporty do miast o identycznych strukturach. Czy przebywam w Krakowie, Dreźnie, Pradze czy Berlinie, mam wrażenie, ze jestem w mieście homogenizowanym, którym rządzą identyczne mechanizmy, identyczne schematy. Tu stacja Shell, tu Lidl, tu Carrefour z tymi samymi produktami, co u mnie pod domem. Unia Europejska wprowadziła wiele udogodnień, ale pod wieloma względami jest siłą niszczącą. Zabija lokalność, specyfikę. Zaczynamy funkcjonować we wszechmiejscu.
Dlatego ludzie stają się ogólni, stają się wszechludźmi. Możemy żyć wszędzie. Narodowość i miejsce zamieszkania przestają definiować człowieka. [...]  Ludzie młodzi, może jeszcze nie z mojego pokolenia, ale myślę, że z pokolenia mojej córki już tak, mieszkający w różnych krajach będą coraz bardziej do siebie podobni. Dla nich narodowość nie będzie bardziej istotnym wyróżnikiem niż kolor włosów. 

Martwi się o język - pod czym też mogę się podpisać:
Ten język sztucznego tłumaczenia, który widzimy w niegramotnie przetłumaczonych książkach czy stronach internetowych, to trochę przyszłość języka polskiego. Zanik odmian, kalki gramatyczne, obce wtręty. 

Rozmowa, której mam ochotę się przysłuchać, gdzie słowa są głośne, znaczące, a nową powieść Kochanie, zabiłam nasze koty już ubieram w barwę granatu i domyślam się, że będzie równie soczysta jak nasiona tego owocu. Będę rozgryzała, plamiła się, smakowała - o tak! Najlepiej pod takim niebem, jak to uchwycone w sobotę i nie szkodzi, że poprzecinane futurystycznie wyglądającym metalem, bo i Masłowska i Peszek, o której mowa niżej, są takim zadziornym pięknem. 



I mam nadzieję, że przygrywać mi będzie nowa Maria Peszek, bo jej słowa przeszukuję jak zapomniane kieszenie, w których znajduję skarby na pocieszenie:

Bez Ciebie znaczę mniej
Niż pocztowy znaczek
Bez Ciebie jest mnie pół
Bez Ciebie jestem jak
z powyłamywanymi nogami stół


niedziela, 14 października 2012

"W pogoni za życiem" biegnę w stronę tęczy.

Teraz mu patrzeć, jak wierzchem obłoku
Tęcza, bezmiary objąwszy, rozkwita,
Poprzerywana i niecałkowita,
Jakby się śniła zmrużonemu oku.

                                                                                        Bolesław Leśmian Tęcza (fragment) 



Spotkana po drodze
Prawie się o nią potknęłam.
Podarowałam ją Lampeduziance - to chyba jej pierwsza w życiu, zauważona i świadoma tęcza.
A ona wielobarwna w tamten piątek przyniosła Sianusia - jak nazywa kolejnego Kuzyna Malutka.
W ten sam dzień trzymałam malutką rączkę z niezwykle długimi paluszkami i ona narysowała we mnie tęczę .
Dzielna Kuzynka Mamą.

kiedy trwam
we wnętrzu miękkich kokonów dni
kiedy przeciągam się we wnętrzu miękkich kokonów
nie wiem
(czas jest względny)
czy dni mijają
czy ja mijam

szybkość ma własności odurzające
coraz szybciej mijają dni
                                                                                          Halina Poświatowska

Pierwsza z serii:

















Jeden Jętkowy życia dzień.
Zupełnie jak całe życie człowieka, ale ile ono trwa? Przechodzi ludzkie pojęcie.
Pokochałam historię opowiedzianą przez Przemysława Wechterowicza i namalowaną, a tym samym ożywioną przez Emilię Dziubak
Więc i  dla Jętki Jednodniówki mam tęczę, której nie zdążyła zobaczyć, a może odbijała się w oczach Muchy - przewodniczki, z którą spędziła całe swoje życie?
Tyle się dzieje w tej opowieści, jest szybkość mijających godzin, które można by było rozłożyć na lata, bo wypełnione po brzegi, a przecież pogoń za życiem trwa nie tylko u Jętek, a nam się ciągle wydaje, że mamy tak mało czasu .






























czwartek, 4 października 2012

O spojrzeniach z "Nieznośnej lekkości bytu", które uszczęśliwiają

Wszyscy potrzebujemy, żeby ktoś na nas patrzył. Można by nas było podzielić na cztery kategorie, w zależności od tego, pod jakim typem spojrzenia pragniemy żyć.
Pierwsza kategoria marzy o spojrzeniu nieskończonej ilości anonimowych oczu, mówiąc inaczej, o spojrzeniu publiczności. [...]
Drugą kategorię tworzą ci, którym potrzeba do życia wielu spojrzeń znajomych oczu. Są to niezmordowani organizatorzy koktajli, przyjęć i kolacji. Są szczęśliwsi od ludzi pierwszej kategorii, którzy w momencie utraty publiczności mają wrażenie, że w salonie ich życia zgaszono nagle wszystkie światła. Prawie każdego spośród nich kiedyś to spotyka. Ludzie drugiej kategorii natomiast zawsze starają się o jakieś tam spojrzenia.[...]
Potem mamy trzecią kategorię – tych, którym do istnienia potrzebne jest spojrzenie ukochanego człowieka. Ich sytuacja jest równie niebezpieczna jak sytuacja ludzi pierwszej kategorii. Kiedyś przecież oczy ukochanego człowieka zamkną się i w sali zapanuje ciemność.
I wreszcie czwarta kategoria, najrzadziej spotykana: ci, którzy żyją pod wyimaginowanym spojrzeniem nieobecnych. To marzyciele.
                                                                                  Milan Kundera Nieznośna lekkość bytu
                                                                                       ( dawno temu zaczytywałam się w niej )

Którą kategorią jestem - chyba najbardziej tą trzecią, ale i czwartej mam w sobie pokłady, gdy myślę o bliskich, których już nie ma, ale właśnie w taki sposób ich odnajduję. Druga kategoria nie jest mi szczególnie bliska, choć czasem jej potrzebuję.


Łapiemy słońce spojrzeniem.
Takim znad wąsatego kubka z kawą.
Lampeduzianka w wiaderku je nosi, zahaczając o drobinki piasku,w które wplata jeszcze ciepłe promienie
i słowa, które tworzy na poczekaniu, łącząc z tymi rozumianymi przez nas.
Na łyżeczce dostaję od niej odrobinę czasu i zachłannie kartkuję strony, niekiedy łapiąc ją spojrzeniem.
Czasami schowa je pod okularami mamy, w których pozuje ze śmiałością.
Jezioro tuż za miastem przywodzi na myśl trochę lata.
Wspomnienia wyrzuciło na brzeg.
Robimy z nich babki piaskowe. 















I mała zapowiedź.
Dziś przyszła paczka - z książkami dla Niej - choć jeszcze malutka na to, by czytać je w taki sposób, w jaki zostały napisane, to nie mogłam się oprzeć, więc jednocześnie są tak bardzo dla mnie.
Będziemy snuły własne historie na podstawie obrazków.
Wkrótce napiszę więcej o każdej z nich.
Pierwsza czytelniczka to cudna rudowłosa - jak Tori Amos - Tilda wykonana przez moją kuzynkę.
Więcej mam takich ręcznie robionych perełek. 








czwartek, 27 września 2012

"Trzy siostry" szukają odpowiedzi na pytanie, po co lecą żurawie

Tego dnia łatwo ją było zranić. 
Czytała "Trzy siostry" Czechowa i wyobrażała sobie, że może zagrać Maszę; 
niedawno skontaktował się z nią bardzo ceniony reżyser z Nowego Jorku... 
Usłyszała w sobie głos optymistki: "Czemu nie? Umiem gwizdać jak Masza!", 
ponieważ dojrzała do Maszy, dojrzała do tragedii; dusza pesymistki przemawiała innym głosem: 
"Znowu ci się nie powiedzie, nie ryzykuj"... Marylin Monroe w czarnym bikini, czytająca "Dramaty wybrane" Czechowa...

                                                                                                                                                      Joyce Carol Oates "Blondynka"




Siostry Czechowa mieszkają we mnie od dawna.
W poniedziałek Trzy siostry  w nowym przekładzie i w reżyserii Agnieszki Glińskiej.
Jako dziecko oglądałam w Teatrze Telewizji  młode jeszcze wtedy aktorki: Krystynę Jandę, Ewę Ziętek
i Joannę Szczepkowską, które mieniły się emocjami Maszy, Olgi i Iriny i mimo iż niewiele rozumiałam, to siedziałam jak zaklęta.
Wracałam potem do tekstu, który rozchodził się we mnie i pulsował i gonił moje serce.
Teraz dogonił mnie na nowo i nie było już odwrotu, wpadłam po uszy, po łzy.

Olga - najstarsza, nauczycielka bez nadziei na miłość.
Masza - piękna, niespełniona żona, odnajdująca to coś więcej w Wierszyninie, chowająca się między jego słowami, w jego spojrzeniu przedłużanym do granic przyzwoitości.
Irina - najmłodsza, pełna pragnień, tęskniąca za Moskwą, która w jej wyobrażeniach jest krainą mlekiem
i miodem płynącą, gdzie nie sposób nie odnaleźć szczęścia.

fot. Jan Bogacz/TVP

Ciężko być tu i teraz, cieszyć się całą sobą tym, co się ma, bo rozczarowania, lęki, obawy,  bo pragnienia, bo tęsknoty, że gdzieś tam jest więcej szczęścia, które mocniej pachnie, a woń rozchodzi się w miejscu - metropolii, miasteczku czy wsi - całkowitego spełnienia - miejscu, gdzie wydaje nam się, że z pewnością śnić będziemy spokojnie nasze sny.
W mężu zobaczyć na powrót kochanka, smakować każde słowo, które bierze w objęcia.
Zatrzymajmy się, rozejrzyjmy dookoła, zauważmy - wszystko to na wyciągnięcie ręki, przed oczami, w nas. 

Maszy niepokoje, w dłonie Wierszynina ujęte:

Masza
Czy pan da wiarę, że jej twarz już mi uciekła z pamięci. Tak samo ludzie nie będą pamiętali i
o nas. Zapomną.
Wierszynin
Tak. Zapomną. Taki nasz los, nic tu nie poradzimy. To, co my uważamy za doniosłe,
potrzebne, najważniejsze, z czasem zostanie zapomniane albo wyda się czymś zupełnie
błahym. (pauza) Ciekawa rzecz: my teraz zupełnie nie możemy przewidzieć, co w przyszłości
będzie uważane za wielkie i doniosłe, a co za śmieszny drobiazg. Czyż odkrycie Kopernika
albo, powiedzmy, Kolumba nie wydawało się w pierwszej chwili czymś nieważnym,
niepotrzebnym i równocześnie czyż głupie brednie napisane przez jakiegoś dziwaka nie
uchodziły za niezbitą prawdę? I może się tak stać, że nasze teraźniejsze życie, na które się
jakoś godzimy, z czasem będzie się wydawało dziwne, niedorzeczne, niemądre, nie dość
czyste, może nawet grzeszne...

Tuzenbach
Kto wie? A może na odwrót, może nasze życie będzie uchodzić za wzniosłe i górne i ludzie
będą je wspominali z szacunkiem. Teraz nie ma tortur, straceń, najazdów, a równocześnie –
ileż cierpienia!

Wierszynin
(chodzi po scenie)
Nieraz myślę: a gdyby tak zacząć życie na nowo? I to z całą świadomością? Gdyby jedno
życie można było przeżyć, jak to mówią, na brudno, a drugie na czysto? Sądzę, że wtedy
każdy z nas starałby się nie powtarzać, przynajmniej stworzyłby sobie inne warunki,
urządziłby taki dom z kwiatami, z mnóstwem światła... Mam żonę i dwie córeczki, żona jest
osobą chorowitą i tak dalej, i tak dalej, ale gdybym mógł zacząć życie od początku, nigdy
bym się nie ożenił... Nigdy, nigdy!

Miłość zjawiająca się za późno:

Wierszynin
Kocham, kocham, kocham—Kocham pani oczy, pani ruchy,
które mi się śnią... Wspaniała, cudowna kobieta!
Masza
(cicho śmiejąc się)
Kiedy pan mówi do mnie w ten sposób, nie wiem dlaczego, ale muszę się śmiać, chociaż
ogarnia mnie lęk. Niech pan przestanie, bardzo proszę... (półgłosem) A zresztą, niech pan
mówi, wszystko mi jedno... (zastania twarz rękami) Wszystko mi jedno. Ktoś idzie, proszę
mówić o czymś innym...


Żyć i wiedzieć, po co lecą żurawie:


Wierszynin
Więc co? Skoro nie dają herbaty, pofilozofujmy sobie trochę.
Tuzenbach 
Właśnie. Ale na jaki temat?
Wierszynin
Na jaki temat? Może pomarzymy... na przykład o życiu, jakie nadejdzie kiedyś, za dwieście
albo za trzysta lat.
Tuzenbach
Cóż! Wtedy ludzie będą latali balonami, zmieni się krój marynarek, może odnajdą szósty
zmysł i nawet go rozwiną, ale życie będzie wciąż takie samo: trudne, pełne tajemnic,
szczęśliwe. I za tysiąc lat człowiek też będzie wzdychał: „Ach, jak ciężko żyć!” – a jednak tak
samo jak dziś będzie się bał, będzie nienawidził śmierci.
Wierszynin
(po chwili namysłu)
Jak by to wyrazić? Wydaje mi się, że wszystko na świecie musi stopniowo się zmienić, już się
zmienia na naszych oczach. Za dwieście, trzysta, tysiąc lat – przecież nie chodzi o termin –
nadejdzie inne życie, nowe, piękne. My siłą rzeczy nie będziemy w nim brali udziału, a
jednak to dla niego dziś żyjemy, pracujemy, no i męczymy się, my już je tworzymy i to
jedyny cel naszego istnienia, a nawet, proszę pana, nasze jedyne szczęście.

Tuzenbach
(pokazuje jej palec)
Proszę, może pani się śmiać. (do Wierszynina) Nie tylko za dwieście czy trzysta, ale nawet za
milion lat życie będzie takie jak było. Życie jest wciąż takie samo, pozostaje niezmienne, a
rządzi się własnymi prawami, które nas niewiele obchodzą, bo chyba nigdy nie poznamy ich
do głębi. Wędrowne ptaki, na przykład żurawie, lecą sobie i lecą i gdyby nawet były zdolne
do jakichkolwiek myśli, obojętnie, wielkich czy małych, to i tak muszą lecieć, nie wiedząc,
dokąd i po co. Ptaki lecą i będą lecieć, choćby nawet wśród nich roiło się od Bóg wie jakich
filozofów. Niech filozofują, ile chcą, byle tylko leciały...
Masza
A sens?
Tuzenbach
Sens... Proszę, śnieg pada. Jaki w tym sens? (pauza)
Masza
Mnie się zdaje, że człowiek powinien być wierzący, przynajmniej powinien szukać wiary, bo
inaczej pustka, pustka... Żyć i nie wiedzieć, po co lecą żurawie, po co rodzą się dzieci, po co
są gwiazdy na niebie... Albo trzeba wiedzieć, po co się żyje, albo wszystko to fraszka, funta
kłaków niewarte. (pauza)

Niespełnienia, tęsknoty - chyba najbardziej poruszający fragment całego dramatu: 

Irina
(głośno szlocha) Wyrzućcie mnie, wyrzućcie, ja już nie mogę!
Olga
(przestraszona) Co się stało? Co? Kochana!
Irina
(szlochając)
Dlaczego? Dlaczego wszystko minęło? Gdzie jest? O Boże, Boże! Wszystko pozapominałam,
w głowie mi się plącze... Nie pamiętam, jak jest po włosku okno albo, na przykład, sufit...
Zapominam, zapominam dzień po dniu, życie ucieka i nigdy nie wróci, nigdy, nigdy nie
wyjedziemy do Moskwy... Wiem, że nie wyjedziemy...
Olga
Kochana, kochana...
Irina
(hamując się)
Jaka jestem nieszczęśliwa... Nie mogę pracować, nie będę pracować. Dosyć, dosyć! Byłam
telegrafistką, teraz jestem urzędniczką w magistracie i nienawidzę tego, gardzę wszystkim, co
mi każą robić... Mam już dwudziesty czwarty rok, pracuję dawno, mózg mi usycha,
schudłam, zbrzydłam, zestarzałam się i nic, nic, żadnego zadowolenia, a czas płynie i wciąż
się wydaje, że odchodzę od prawdziwego, pięknego życia, odchodzę coraz dalej, coraz dalej,
w jakąś otchłań. Rozpacz mnie ogarnia, nie rozumiem, jakim cudem jeszcze żyję i do tej pory
nie popełniłam samobójstwa...


I piosenka - teledysk i muzyka to dla mnie lata 80 i niech zabrzmi dla Was tylko pierwsza część refrenu.
Tego się trzymam:)
Baby in our wildest moments
We could be the greatest, we could be the greatest


 

piątek, 21 września 2012

"Kiedy można mieć cały wszechświat"... na śniadanie.

 Na następne urodziny poprosiła o teleskop. Wtedy żyła matka i zaproponowała kucyka, ale ojciec tylko się zaśmiał. Kto by chciał mieć kucyka, kiedy można mieć cały wszechświat? Jest dużo ciekawszy i nie trzeba było raz na tydzień czyścić stajni z gnoju.
                                                                                                                      Terry Pratchett Nacja


Dopóki będę brała do ręki brzoskwinię w kolorze Jowisza i rozcinała ją na pół, oprószała gwiezdnym pyłem cynamonu i tymianku uśmiechające się do mnie, chętne by zdradzać tajemnice miąższu, wnętrze, oświetlała je jeszcze wysokim, ciepłym słońcem, wokół którego krąży, by przygotować na ciepło piekarnika  i czerpała z rozdziału Letnie śniadania znajdującego się w Apetycznej pannie Dahl- dopóty będzie we mnie wciąż lato.





I choć w ogrodzie - nie moim, - gałęzie wszechświata uginają się pod ciężarem planet - jabłek, ja wciąż letnie spokoje mam w sobie.



Zdjęcie przywodzi mi na myśl obraz Józefa Mehoffera

Józef Mehoffer "Dziwny ogród"


Bo dzieci metafory na lekcjach tworzą i nie ma smaczniejszego drugiego śniadania.
Gdy na karcie zadań pojawia się niedokończone zdanie, które metaforą właśnie mają wykończyć, to dzieją się cuda:
Wszechświat to.... jabłoń, na której rośnie dużo jabłek.
                        .... dąb, na którym wiszą żołędzie. 
                        .... szkoła wypełniona dziećmi.
                        .... książka pełna różnych słów.
                        .... głowa pełna włosów.
                        .... murawa boiska, gdzie są ślady piłkarzy.
A to dopiero pierwsza, z czterech klas piątych, które uczę.
I tak o wszechświecie rozprawiamy, leżymy w wyobraźni nad rozgwieżdżonym, sierpniowym niebem, na pomoście wysuniętym kilka metrów wgłąb jeziora, gdzie spadają gwiazdy i pytamy - o wszystko, filozofujemy, dziwimy się, zachwycamy, nie rozumiemy, szukamy swojego miejsca we wszechświecie i samych siebie. Nie odpowiedzi są ważne, a pytania i zaskakuje mnie ich dojrzałość.
Trójwymiarowe pocztówki z planetami, albumy, zdjęcia i wyobraźnia przychodzą z pomocą.


Słonecznego weekendu, pachnącego lawendą i smakującego jak dojrzałe jabłka.
Jak napisał Goethe O różach można pi­sać wier­sze, ale w jabłko trze­ba się wgryźć.
Wgryzajcie się więc i delektujcie jego smakiem.



sobota, 15 września 2012

Sushi popijane dowcipem W. Allena - Śniadania - część I

Śniadania otwierające nam dzień.
Zmieniające się jak pory roku.
Codzienne, weekendowe, wojażowe...  w samotności, wśród bliskich, z telewizorem, radiem,  gazetą, książką, słoneczne, deszczowe, poranne, popołudniowe, wieczorne. 
Przebogate menu.

Jeśli ktoś na przykład na śniadanie zjadłby najnowszy film W. Allena z pewnością dzień rozpocząłby perlistym śmiechem.
Zakochani się w Rzymie  rozkochuje w sobie, bo ma lekkość, dowcip i zagrany jest po mistrzowsku.
U mnie na czwartkową kolację, ale ze śmiechem -oczyszczającym, potrzebnym - do łez -lejących się strumieniem po uniesionych radością policzkach.

A może jak Joanna Bator autorka książki Japoński wachlarz. Powroty (książka pożyczona od Przyjaciółki i jak sama autorka napisała we wstępie, jest to przewodnik osobisty i subiektywny, pozostaje tym czym był od początku: kolekcja obrazków z podróży kreślonych wzorem zuihitsu, czyli tak jak pędzel prowadzi, a to, co wychodzi spod pędzla doprawdy zdumiewające i zacytuję zapewne jeszcze nie raz)  warto byłoby sięgnąć na śniadanie po sushi?

Sushi na śniadanie może wydawać się dziwnym pomysłem i mnie prawdopodobnie nie przyszedłby on nigdy do głowy, gdyby nie Yukiko. ... Wprawdzie nie byłam jeszcze w Japonii tak długo, by widok żywej ryby wzbudzał we mnie głód o siódmej rano, ale uznałam, że nie jest to doświadczenie, które mogłoby mi zaszkodzić. 

Wielkość sushi podobno  ponoć dostosowana została do kobiecego gustu; panie nie chciały zbyt szeroko rozdziawiać buzi, bo uważano to za nieeleganckie. 

Japończycy wierzą, że kobiety nie nadają się do tej pracy z powodu zbyt ciepłych dłoni, które niepotrzebnie grzałyby ryż. 

Bar sushi na terenie targu Tsukiji, do którego zabrała mnie Yukiko, należał do bardziej tradycyjnych. Klientela składała się głownie z robotników.
- Irasshai - przywitał nas personel zwyczajowym serdecznym okrzykiem, a goście siedzący przy kontuarze, odwrócili zdumione twarze w naszą stronę. Normalne kobiety nie wpadają do takich miejsc o siódmej rano.

 Ta "niebiańska kombinacja" jak napisał jeden z zachodnich miłośników japońskiej kuchni, jest w stanie uwieść nawet bardzo konserwatywnych gaijinów, którzy po pewnym czasie stają się namiętnymi pożeraczami sushi, chociaż przedtem w ogóle nie jadali ryb. Mnie nie trzeba było przekonywać, ale dopiero w Japonii doświadczyłam sushi - ekstazy, sushi błogostanu, kulinarnej rozkoszy niemożliwej do zaznania nigdzie indziej. 
Sushi w małym barze na Tsukiji było wspaniałe, świeże, bezpretensjonalne i -jak się okazało- idealne na śniadanie po nieprzespanej nocy.





Na naszej deseczce odnalazłam tamago - wzrok na prawo.

Za oszkloną gablotą  kontuaru wyeksponowane były dzisiejsze specjalności i zaczęliśmy od mojego ulubionego "toro", delikatnego mięsa z brzucha tuńczyka, które smakuje jak najdelikatniejsza wołowina i w ogóle nie ma zapachu ryby, potem była "ika", śnieżnobiała twardawa kałamarnica, "tamago", czyli słodkawy omlet jajeczny przypasany do ryżowego wałeczka paskiem wodorostów, "ikura" czyli ikra łososia, pomarańczowo - złota, wyraźnie rybna, pękająca w zębach.


































Moje ostatnie sushi nie było w barze w Japonii, a w pięknej kamienicy wrocławskiego budynku, pewnej lipcowej soboty zalanej słońcem.
Nie na śniadanie, a raczej lekki obiad, choć w pewnym sensie także po nieprzespanej nocy. 
I Przyjaciółka i Pan Tau i także Lampeduzianka (chociaż ona może bardziej przez wnętrze niż smaki) - wszyscy wyłapaliśmy kulinarny błogostan - jak to nazwała Joanna Bator.
A gdyby tak połączyć lato miłości w Rzymie i smaki Japonii - lekkość, błogość, oczyszczające doznanie towarzyszyłoby nam zdecydowanie dzień cały, może i z delikatnym wychyleniem się na drugi, trzeci... ?


środa, 5 września 2012

Wrzesień cuci pracą, zagrzewa Korczakiem, książki z biblioteki niesie


Dob­ry wycho­waw­ca, który nie wtłacza a wyz­wa­la, nie ciągnie a wzno­si, nie ug­niata a kształtu­je, nie dyk­tu­je a uczy, nie żąda a za­pytu­je – przeżyje wraz z dziećmi wiele nat­chnionych chwil.  
                                                                                                          

 Powiadacie:
– Nuży nas obcowanie z dziećmi.
Macie słuszność.
Mówicie:
– Bo musimy się zniżać do ich pojęć. Zniżać, pochylać, naginać, kurczyć.
Mylicie się. Nie to nas męczy. Ale – że musimy się wspinać do ich uczuć. Wspinać, wyciągać, na palcach stawać, sięgać. Żeby nie urazić. 


                                                                                                                     Janusz Korczak


Trzeci września - poniedziałek.
Wróciłam.
Może bardziej WYwróciłam, a raczej wywracać będę świat swój, po raz kolejny, do góry nogami.
Moje myśli, słowa i gesty spotęgowane zakwitną mimo zbliżającej się jesieni dla dumnych, już nie czwarto,
a piątoklasistów.
Rozpoczęcie roku szkolnego już za mną, choć wciąż mam wrażenie, że wrzesień jeszcze nie zapukał do moich drzwi... .
Ale za to zapukały śmiejące się buzie dzieci, a po wakacjach to takie dorastające do mnie, więc asekuracyjnie rozpoczęciu towarzyszył but na wysokim obcasie, co by nie zadziwić się zbytnio.
Dotknęliśmy wakacji,  wymieniliśmy roziskrzone zapałem spojrzenia, zahuczał nam w głowach nowy plan
i ustawieni na starcie ruszamy od jutra!!!
I wiem, że słowo łatwo - raczej nie wpisuje się w scenariusz nauczyciela, a tym bardziej wychowawcy, że łzy będą, że wysiłek, że bezsilność niekiedy.   Emocjami malowane twarze małych i dużych. Ale ile pomiędzy tym głębokich spojrzeń oczu otwartych ze zdziwienia, słów mądrych, ważnych dziecięco, a już tak dorośle.
I nade wszystko staram się po korczakowsku... .

Wczoraj  Imany - nie tekstem, a melodią wiodła mnie do pracy i w tym rytmie rozpoczęłam moje pierwsze
6 godzin.

Dziś natomiast w rytmie nowego słowa Lampeduzianki  trrrrrała  (trawa), więc wśród młodych myśli stąpam jak po gęstej, zroszonej ciekawością trawie, nie koszę, a podlewam i patrzę z dumą jak rośnie.

Wrzesień także od biblioteki zaczęłam i od obcasów.
Powakacyjnie dzierżę jeszcze w dłoni powieść dwutomową i ciężko mi skończyć znajomość, która choć niełatwa, wymagająca, emocjonalna, silna, to z prawdą pomiędzy słowami, z życiem, które zadziwia - zbyt krótkim... .
O tym osobno jak skończę, bo i cytatów moc.

A oto moje bibliotekarskie trofea.
Ingeborg Bachmann sama mnie znalazła, gdy zaczęłam jej w myślach szukać przez pewną mądrą
i wyjątkowo inspirującą osobę.
I aż się sama sobie dziwię, że dopiero teraz dotarłam do książki o książkach - Anne Fadiman Ex libris. Wyznania czytelnika i już czuję, że będzie ona dla mnie jednym wielkim cytatem, więc i jeden już na dobry początek z pierwszego rozdziału Zaślubiny księgozbiorów:

Kilka miesięcy temu mój mąż i ja postanowiliśmy połączyć nasze księgozbiory. Znamy się od dziesięciu lat, mieszkamy razem od sześciu, od pięciu jesteśmy małżeństwem.
Nasze kubki do kawy, choć nie od pary, rezydowały w przyjaźni na jednej półce; pożyczaliśmy od siebie koszulki, a nawet, przyciśnięci potrzebą, skarpetki; nasze kolekcje płyt dawno już zżyły się ze sobą bez jednego zgrzytu, moje motety Josquina des Prés tuliły się do George’owego "Worst of Jefferson Airplane" ku obopólnemu zadowoleniu. Jednak nasze książki wciąż mieszkały osobno, moje głównie w północnym krańcu naszego poddasza – jego w południowym. Zgadzaliśmy się, że to bez sensu, żeby mój "Billy Budd" usychał z tęsknoty czterdzieści stóp od jego "Moby Dicka", ale żadne z nas nie kiwnęło palcem, by ich połączyć.
  
Ksiegozbiory Pana Tau i moje zaślubione po naszym ślubie.

Lampeduzianka natomiast ma swoje miejsce i jej pozycje ciągle "stanu wolnego".



wtorek, 28 sierpnia 2012

"rozmawiam swobodnie z niebem" po przebudzeniu

Owiało nas świeże, błękitne powietrze wczesnego poranka. Czułam się cudownie, oczyszczona z lęku, odświeżona i zadziwiająco spokojna. Szklany klosz podniósł się, zawisł wysoko nad moją głową. Czułam na ciele ożywczy powiew łagodnego wiatru.
                                                                                                                 Sylvia Plath Szklany klosz


Po przebudzeniu...

Słyszę delikatne - mamo!
Nie ma łez, obawy, jest po prostu wołanie - mamo! (w domyśle: mam ci coś do powiedzenia) .
Biorę ją z łóżeczka na ręce, głaskami okrywam i słucham... . 
Zamyka mnie w swoim uścisku, słowie, wzroku i  to sprawia, że jak Esther z powieści Sylvii Plath czuję na ciele ożywczy powiew łagodnego wiatru. Choć akurat bohaterka czuła się tak bardzo rzadko. 



Gdy włosy jeszcze w nieładzie, a wzrok jakby nieobecny, zaczyna opowiadać sobą historię.






Ona - Mała Dziewczynka:

Rozglądająca się wciąż za snem


Patrząca prosto w oczy  i w nich szukająca odpowiedzi



Zafrasowana poszukiwaniem sensu snu - może pomiędzy palcami dłoni ukryło się nieco tajemnicy?










Z przejęciem opowiadająca, co jej się przyśniło.












 i zawstydzeniem...
















Ale co najważniejsze już z uśmiechem...












A Sylvia Plath?

Jej teksty czyta się cały czas w ten sam sposób - idąc drogą biografii, szukając prawdziwego JA poetki - przeczytałam w artykule Amerykanka i Olbrzym Anny Godzińskiej w Papermint (Magazynie o książkach).

Ona  - niezwykła, zdolna, szukająca miłości - wtedy w cieniu męża - teraz błyszcząca bardziej.
Szczęśliwi do czasu, bo nie można rozmawiać ze sobą tylko w wierszach, dziennikach i opowiadaniach.  
Dla siebie, ale poza sobą, poza dialogiem, a przecież trzeba bez wyszukanych słów, prosto, zwyczajnie.
Dwoje ludzi w świecie metafor - jak napisała Anna Godzińska. I zagubili się pomiędzy nimi zupełnie.
Była także lękliwa, depresyjna - z całym wachlarzem, jakże jeszcze wtedy, młodych emocji ukazanym w Szklanym kloszu - czytałam na początku studiów i wtedy znalazłam się pod jej szklanym kloszem, jednakże na tyle swobodna, by nie utożsamiać się z bohaterką - a wiem, że wiele czytelniczek odnalazło tam siebie.

A Sylvia z Gwyneth Paltrow, której partnerował Dawid Craig?
Ja pokochałam ... . 


Jej wiersz z tych łagodniejszych.
Uwielbiam fragment, który jest doskonałym obrazem leżenia na trawie:
...To położenie jest dla mnie naturalne,
Gdyż wtedy rozmawiam swobodnie z niebem...
Dalej jest już tylko mocniej.
Doczytajcie zatem do powyższego fragmentu, może w poziomie z tomikiem wierszy nad sobą zamiast nieba.
A gdy już na trawie będziecie, rozmawiajcie swobodnie z niebem.


Jestem pionowa

Lecz wolałabym być pozioma.
Nie jestem drzewem zakorzenionym w ziemi,
Ssącym minerały i macierzyńską miłość,
Żeby każdego marca rozbłysnąć liściem,
Nie jestem też tak piękna jak klomb ogrodowy,
By wzbudzać okrzyk zachwytu wspaniałą barwą,
Nieświadoma, że wkrótce utracę swe płatki.
W porównaniu ze mną drzewo jest nieśmiertelne
A główka kwiatu bardziej godna podziwu.
Ja zaś pożądam długowieczności drzewa i śmiałości kwiatu.

Dzisiejszej nocy, w bladym świetle gwiazd,
Drzewa i kwiaty rozsiewają świeże zapachy.
Przechadzam się pośród nich, lecz mnie nie widzą.
Wyobrażam sobie, że kiedy śpię,
Jestem do nich bardzo podobna-
Myśli mi się mącą-
To położenie jest dla mnie naturalne,
Gdyż wtedy rozmawiam swobodnie z niebem,

A stanę się użyteczna, gdy położę się już na zawsze:
Wówczas drzewa choć raz mnie dotkną, a kwiaty znajdą dla mnie czas.

czwartek, 23 sierpnia 2012

Wszechobecny Dopełniacz kojony mandoliną

Lampeduzianka odmienia przez przypadki, a dokładniej to ukochała sobie jeden - Dopełniacz!!!
Dopełniamy zatem zdania i już zmieniamy końcówki!!!
DOPEŁNIACZ kogo? czego? (nie ma) i odpowiedź córeczki Poli, Bai, Taty, Mamy, Baby.  itp.

Ja także zmieniam  Mianownik - zbędne kilogramy na Dopełniacz - nie ma zbędnych kilogramów. Zaczynam i obym wytrwała w Dopełniaczu. No, po drodze będzie Celownik - komu? czemu? przyglądam się zbędnym kilogramom - gdy stawać na wadze będę często. Choć jeszcze na razie jest przed oczami Biernik - kogo? co? widzę - zbędne kilogramy. W Narzędniku jeszcze -z czym idę? - ze zbędnymi kilogramami, no i chcę raz na zawsze skończyć z Miejscownikiem - o czym myślę? - o zbędnych kilogramach.

Dopełniacz z pytaniem pomocniczym pojawił się także na dzisiejszym drugim koncercie Rajskim.

Ale od początku.
Przyjechałam z koleżanką - Pan Tau jakoś nie wyraził chęci na dalsze muzykowanie dawne, więc z córeczką w objęciach został.
Jeszcze przed koncertem, udając się w miejsce gdzie król chodzi piechotą, natknęłyśmy się na poniższym korytarzu seminarium na postać jakże czarującą w swoim pośpiechu, w kruczoczarnych włosach  - z żelazkiem w ręku i instrumentem w pokrowcu kołyszącym się  na ramieniu  i to kołysanie udzieliło się nam
i właśnie kołyszącym się i poniekąd tęsknym wzrokiem odprowadziłyśmy muzyka do końca korytarza.



I jakież było nasze zdziwienie, gdy po niedługiej chwili stanął przed nami mandolinista ( o tak - mężczyzna grający na mandolinie i odnoszący sukcesy) izraelski Avi Avital i vitalność naszą wzniósł na wyżyny zasłuchania. Czarujący w swoim oddaniu mandolinie, czarujący takie czarownice jak my, łase na - dźwięki - nic innego;)

Avi Avita fot. materiały prasowe
Tym bardziej było czarująco, że wraz z nim i klawesyn (a na nim Joanna Boślak-Górniok) przędł swoją subtelną sieć pajęczo - dźwiękową - którą odkryłam właśnie w Paradyżu i w którą łapię się za każdym razem - i moje myśli jak rosa o poranku wraz ze mną - i harfa (Maria Christina Cleary) - tak pięknej budowy, jak piękny dźwięk z siebie wydaje.  I Beethoven i Bach i Vivaldi ożyli pod palcami tej zdumiewającej Trójki i uwiodła nas każda nuta pulsująca żywo w naszych otwartych sercach. I lirycznie i wesoło.


Jednak wciąż w myślach miałyśmy deser - i to wcale nie ten sernikowy, który i tak w przerwie gładził nasze podniebienia - ale muzyczny i nie tylko, bo tego wieczoru mieli królować przede wszystkim utalentowani mężczyźni.




I tu pojawił się Dopełniacz z pytaniem pomocniczym.
Muzycy z  The Danish String Quartet nie zagrali.
Frederik Øland – skrzypce
Rune Tonsgaard Sørensen – skrzypce
Asbjørn Nørgaard – altówka
Fredrik Sjölin – wiolonczela - poza zasięgiem naszych przynajmniej dwóch zmysłów!!!
I ciężko byłoby odgadnąć powód niebanalny w swojej banalności - złamana ręka jednego z duńsko-norweskich muzyków i to na naszej polskiej ziemi!!!
Młode niespokojne dusze hulały w myśl naszego powiedzenia: gdyby kózka nie skakała i przerobione na potrzeby wieczoru : to by rączki nie złamała.
Dyrektor festiwalu tym bardziej wyraził swoje ubolewanie, że muzycy od 2 lat przygotowywali się do wystąpienia na wrześniowym festiwalu w Monachium, z którym łączyli wielkie nadzieje, bo byli faworytami.
Teraz zamiast stawić czoła paradyskiej publiczności, łamią serca przed niedoszłą monachijska publiką. 
Pocieszyłam się zatem wnętrzem seminaryjnym i otworzyłam ramiona na zastępcze koncerty równie piękne.



Zostawiam Was zatem z Avi Avitalem i Bachem w jego wykonaniu na początek dnia.
Aromatyczna kawa, dialog muzyczny z przystojnym mężczyzną  od rana.
Jakże inspirująco, niebanalnie, znakomicie. Chłońcie!

poniedziałek, 20 sierpnia 2012

O tym jak słuchałam czterech filozofów z fletami w Raju

Mężczyzna patrzy światu prosto w twarz, jakby świat ten został stworzony ku jego potrzebom 
i urobiony ku jego upodobaniom. Kobieta zerka na świat z ukosa, pytająco, a nawet podejrzliwie.
 
                                                                                                                      Virginia Woolf Orlando

Na gorąco.
Jeszcze się żarzy we mnie dźwięk.
Snuję się od rana czterofletowo, bo cztery kobiety wczoraj wygrały na tym instrumencie miłosne pieśni muzyki dawnej - a moja opowieść była tak bardzo współczesna.
Marzenia, nadzieje, wątpliwości… Johannes Ockeghem (1410 – 1497) pojawiały się we mnie, współgrając z tytułem jednego z wykonanych utworów.
We wnętrzu klasztoru, gdzie myśli nie cichną, łapałam myśl za myślą, jak oddechy, zastanawiając się - może to banalnie zabrzmi, ale nad miłością właśnie.
Mąż - Pan Tau - zaciągnięty tam przeze mnie, urzeczony flecistkami, jednak po wszystkim powiedział - jak dla mnie chaos kompozycyjny, brak punktu zaczepienia. Bo ta muzyka nie jest taką, do jakiej dziś jesteśmy przyzwyczajeni. Ale ja odnajduję się w tych tak nieprostych historiach, jak nieprosta przecież bywa miłość. Znajduję punkty zaczepienia, harmonijnie porządkuję chaos, a to wszystko, bo kocham.
A kobieta? Właśnie takie - jak ten niezwykły koncert - jest jej myślenie o miłości, a wynika to z tego, że Serca kobiet są zawiłe [...] - jak zauważa Virginia Woolf.

Cezary Zych - dyrektor festiwalu - do każdego z koncertów dołączał słowo - oj niebanalne;), a poniżej to, jakim obdarzył Snów Consort - duński zespół, który tworzą :Patricia Roa Johansen – flety prosty, Camilla Bachhausen – flety proste, Christina Lauridsen – flety proste i moja ukochana, znana z poprzednich koncertów jako solistka  -Bolette Roed – flety proste, kierownictwo artystyczne:

Idealny wykonawca muzyki dawnej i idealny słuchacz muzyki dawnej to z definicji filozofowie. Nadając muzyce sens podejmują próbę innego spojrzenia na świat przeszłości w połączeniu ze światem dzisiejszym. Muzyka dawna dzisiaj to przecież nasze okno na historię, a poprzez historię nasze okno na teraźniejszość. Muzyka tak otwarta na nowe sensy, bo nie związana z żadnym sensem raz i na zawsze, znajduje swoją rację istnienia w poszukiwaniu w niej sensu. Muzyka pisana na consort viol da gamba jest arcyciekawym pretekstem do filozofowania, bowiem jest w niej i potrzeba harmonii (sięgamy kosmosu) i potrzeba dialogu (sięgamy religii) i potrzeba współpracy (sięgamy polityki) i potrzeba bliskości (sięgamy miłości) i potrzeba ciszy (sięgamy medytacji) i potrzeba samotności (sięgamy tajemnicy). To wszystko jest w takim samym stopniu dawne jak współczesne, w takim samym stopniu historyczne jak dzisiejsze. Pozornie czterech muzyków grających na czterech instrumentach należących do tej samej rodziny, a w rzeczywistości czterech filozofów rozpoczynających rozważania, których dalszy ciąg chcą przekazać znacznie liczniejszej grupie słuchających ich filozofów.

Więc jak przystało na słuchającego filozofa - w myśl filozofowania Pana Zycha :) - sięgałam kosmosu, religii, miłości, medytacji, tajemnicy - zaspokajając wyżej wymienione potrzeby... a za Virginią Woolf patrzyłam na pojawiające się myśli z ukosa, pytająco, a nawet podejrzliwie.

 A czy nie jest trochę tak, że mężczyzna patrzy kobiecie prosto w twarz, jakby została ona stworzona ku jego potrzebom i urobiona ku jego upodobaniom. A kobieta zerka na mężczyznę z ukosa, pytająco - doszukując się nieustannie wzajemnej inspiracji, zadziwień, gier słownych, porywów, czarów? Oby nigdy nie miała powodów, by patrzeć podejrzliwie.


Muzyka w Raju tu strona- festiwal - w Seminarium Duchownym w Paradyżu - po raz dziesiąty, ja w nim piąty raz, choć nie tak intensywnie jak zawsze, ale mam nadzieję na jeszcze jeden koncert.
Kawa i sernik paradyski - obowiązkowo - w klasztornych jadalniach serwowane sercem przez przystojnych i szalenie miłych studentów seminarium - może byli wśród nich tacy, którzy patrzyli światu prosto w twarz- choć dla nich tym światem jest Bóg.















Bolette Roed, foto: mat. pras./fot. Jette Jørs


Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...