sobota, 15 września 2012

Sushi popijane dowcipem W. Allena - Śniadania - część I

Śniadania otwierające nam dzień.
Zmieniające się jak pory roku.
Codzienne, weekendowe, wojażowe...  w samotności, wśród bliskich, z telewizorem, radiem,  gazetą, książką, słoneczne, deszczowe, poranne, popołudniowe, wieczorne. 
Przebogate menu.

Jeśli ktoś na przykład na śniadanie zjadłby najnowszy film W. Allena z pewnością dzień rozpocząłby perlistym śmiechem.
Zakochani się w Rzymie  rozkochuje w sobie, bo ma lekkość, dowcip i zagrany jest po mistrzowsku.
U mnie na czwartkową kolację, ale ze śmiechem -oczyszczającym, potrzebnym - do łez -lejących się strumieniem po uniesionych radością policzkach.

A może jak Joanna Bator autorka książki Japoński wachlarz. Powroty (książka pożyczona od Przyjaciółki i jak sama autorka napisała we wstępie, jest to przewodnik osobisty i subiektywny, pozostaje tym czym był od początku: kolekcja obrazków z podróży kreślonych wzorem zuihitsu, czyli tak jak pędzel prowadzi, a to, co wychodzi spod pędzla doprawdy zdumiewające i zacytuję zapewne jeszcze nie raz)  warto byłoby sięgnąć na śniadanie po sushi?

Sushi na śniadanie może wydawać się dziwnym pomysłem i mnie prawdopodobnie nie przyszedłby on nigdy do głowy, gdyby nie Yukiko. ... Wprawdzie nie byłam jeszcze w Japonii tak długo, by widok żywej ryby wzbudzał we mnie głód o siódmej rano, ale uznałam, że nie jest to doświadczenie, które mogłoby mi zaszkodzić. 

Wielkość sushi podobno  ponoć dostosowana została do kobiecego gustu; panie nie chciały zbyt szeroko rozdziawiać buzi, bo uważano to za nieeleganckie. 

Japończycy wierzą, że kobiety nie nadają się do tej pracy z powodu zbyt ciepłych dłoni, które niepotrzebnie grzałyby ryż. 

Bar sushi na terenie targu Tsukiji, do którego zabrała mnie Yukiko, należał do bardziej tradycyjnych. Klientela składała się głownie z robotników.
- Irasshai - przywitał nas personel zwyczajowym serdecznym okrzykiem, a goście siedzący przy kontuarze, odwrócili zdumione twarze w naszą stronę. Normalne kobiety nie wpadają do takich miejsc o siódmej rano.

 Ta "niebiańska kombinacja" jak napisał jeden z zachodnich miłośników japońskiej kuchni, jest w stanie uwieść nawet bardzo konserwatywnych gaijinów, którzy po pewnym czasie stają się namiętnymi pożeraczami sushi, chociaż przedtem w ogóle nie jadali ryb. Mnie nie trzeba było przekonywać, ale dopiero w Japonii doświadczyłam sushi - ekstazy, sushi błogostanu, kulinarnej rozkoszy niemożliwej do zaznania nigdzie indziej. 
Sushi w małym barze na Tsukiji było wspaniałe, świeże, bezpretensjonalne i -jak się okazało- idealne na śniadanie po nieprzespanej nocy.





Na naszej deseczce odnalazłam tamago - wzrok na prawo.

Za oszkloną gablotą  kontuaru wyeksponowane były dzisiejsze specjalności i zaczęliśmy od mojego ulubionego "toro", delikatnego mięsa z brzucha tuńczyka, które smakuje jak najdelikatniejsza wołowina i w ogóle nie ma zapachu ryby, potem była "ika", śnieżnobiała twardawa kałamarnica, "tamago", czyli słodkawy omlet jajeczny przypasany do ryżowego wałeczka paskiem wodorostów, "ikura" czyli ikra łososia, pomarańczowo - złota, wyraźnie rybna, pękająca w zębach.


































Moje ostatnie sushi nie było w barze w Japonii, a w pięknej kamienicy wrocławskiego budynku, pewnej lipcowej soboty zalanej słońcem.
Nie na śniadanie, a raczej lekki obiad, choć w pewnym sensie także po nieprzespanej nocy. 
I Przyjaciółka i Pan Tau i także Lampeduzianka (chociaż ona może bardziej przez wnętrze niż smaki) - wszyscy wyłapaliśmy kulinarny błogostan - jak to nazwała Joanna Bator.
A gdyby tak połączyć lato miłości w Rzymie i smaki Japonii - lekkość, błogość, oczyszczające doznanie towarzyszyłoby nam zdecydowanie dzień cały, może i z delikatnym wychyleniem się na drugi, trzeci... ?


środa, 5 września 2012

Wrzesień cuci pracą, zagrzewa Korczakiem, książki z biblioteki niesie


Dob­ry wycho­waw­ca, który nie wtłacza a wyz­wa­la, nie ciągnie a wzno­si, nie ug­niata a kształtu­je, nie dyk­tu­je a uczy, nie żąda a za­pytu­je – przeżyje wraz z dziećmi wiele nat­chnionych chwil.  
                                                                                                          

 Powiadacie:
– Nuży nas obcowanie z dziećmi.
Macie słuszność.
Mówicie:
– Bo musimy się zniżać do ich pojęć. Zniżać, pochylać, naginać, kurczyć.
Mylicie się. Nie to nas męczy. Ale – że musimy się wspinać do ich uczuć. Wspinać, wyciągać, na palcach stawać, sięgać. Żeby nie urazić. 


                                                                                                                     Janusz Korczak


Trzeci września - poniedziałek.
Wróciłam.
Może bardziej WYwróciłam, a raczej wywracać będę świat swój, po raz kolejny, do góry nogami.
Moje myśli, słowa i gesty spotęgowane zakwitną mimo zbliżającej się jesieni dla dumnych, już nie czwarto,
a piątoklasistów.
Rozpoczęcie roku szkolnego już za mną, choć wciąż mam wrażenie, że wrzesień jeszcze nie zapukał do moich drzwi... .
Ale za to zapukały śmiejące się buzie dzieci, a po wakacjach to takie dorastające do mnie, więc asekuracyjnie rozpoczęciu towarzyszył but na wysokim obcasie, co by nie zadziwić się zbytnio.
Dotknęliśmy wakacji,  wymieniliśmy roziskrzone zapałem spojrzenia, zahuczał nam w głowach nowy plan
i ustawieni na starcie ruszamy od jutra!!!
I wiem, że słowo łatwo - raczej nie wpisuje się w scenariusz nauczyciela, a tym bardziej wychowawcy, że łzy będą, że wysiłek, że bezsilność niekiedy.   Emocjami malowane twarze małych i dużych. Ale ile pomiędzy tym głębokich spojrzeń oczu otwartych ze zdziwienia, słów mądrych, ważnych dziecięco, a już tak dorośle.
I nade wszystko staram się po korczakowsku... .

Wczoraj  Imany - nie tekstem, a melodią wiodła mnie do pracy i w tym rytmie rozpoczęłam moje pierwsze
6 godzin.

Dziś natomiast w rytmie nowego słowa Lampeduzianki  trrrrrała  (trawa), więc wśród młodych myśli stąpam jak po gęstej, zroszonej ciekawością trawie, nie koszę, a podlewam i patrzę z dumą jak rośnie.

Wrzesień także od biblioteki zaczęłam i od obcasów.
Powakacyjnie dzierżę jeszcze w dłoni powieść dwutomową i ciężko mi skończyć znajomość, która choć niełatwa, wymagająca, emocjonalna, silna, to z prawdą pomiędzy słowami, z życiem, które zadziwia - zbyt krótkim... .
O tym osobno jak skończę, bo i cytatów moc.

A oto moje bibliotekarskie trofea.
Ingeborg Bachmann sama mnie znalazła, gdy zaczęłam jej w myślach szukać przez pewną mądrą
i wyjątkowo inspirującą osobę.
I aż się sama sobie dziwię, że dopiero teraz dotarłam do książki o książkach - Anne Fadiman Ex libris. Wyznania czytelnika i już czuję, że będzie ona dla mnie jednym wielkim cytatem, więc i jeden już na dobry początek z pierwszego rozdziału Zaślubiny księgozbiorów:

Kilka miesięcy temu mój mąż i ja postanowiliśmy połączyć nasze księgozbiory. Znamy się od dziesięciu lat, mieszkamy razem od sześciu, od pięciu jesteśmy małżeństwem.
Nasze kubki do kawy, choć nie od pary, rezydowały w przyjaźni na jednej półce; pożyczaliśmy od siebie koszulki, a nawet, przyciśnięci potrzebą, skarpetki; nasze kolekcje płyt dawno już zżyły się ze sobą bez jednego zgrzytu, moje motety Josquina des Prés tuliły się do George’owego "Worst of Jefferson Airplane" ku obopólnemu zadowoleniu. Jednak nasze książki wciąż mieszkały osobno, moje głównie w północnym krańcu naszego poddasza – jego w południowym. Zgadzaliśmy się, że to bez sensu, żeby mój "Billy Budd" usychał z tęsknoty czterdzieści stóp od jego "Moby Dicka", ale żadne z nas nie kiwnęło palcem, by ich połączyć.
  
Ksiegozbiory Pana Tau i moje zaślubione po naszym ślubie.

Lampeduzianka natomiast ma swoje miejsce i jej pozycje ciągle "stanu wolnego".



wtorek, 28 sierpnia 2012

"rozmawiam swobodnie z niebem" po przebudzeniu

Owiało nas świeże, błękitne powietrze wczesnego poranka. Czułam się cudownie, oczyszczona z lęku, odświeżona i zadziwiająco spokojna. Szklany klosz podniósł się, zawisł wysoko nad moją głową. Czułam na ciele ożywczy powiew łagodnego wiatru.
                                                                                                                 Sylvia Plath Szklany klosz


Po przebudzeniu...

Słyszę delikatne - mamo!
Nie ma łez, obawy, jest po prostu wołanie - mamo! (w domyśle: mam ci coś do powiedzenia) .
Biorę ją z łóżeczka na ręce, głaskami okrywam i słucham... . 
Zamyka mnie w swoim uścisku, słowie, wzroku i  to sprawia, że jak Esther z powieści Sylvii Plath czuję na ciele ożywczy powiew łagodnego wiatru. Choć akurat bohaterka czuła się tak bardzo rzadko. 



Gdy włosy jeszcze w nieładzie, a wzrok jakby nieobecny, zaczyna opowiadać sobą historię.






Ona - Mała Dziewczynka:

Rozglądająca się wciąż za snem


Patrząca prosto w oczy  i w nich szukająca odpowiedzi



Zafrasowana poszukiwaniem sensu snu - może pomiędzy palcami dłoni ukryło się nieco tajemnicy?










Z przejęciem opowiadająca, co jej się przyśniło.












 i zawstydzeniem...
















Ale co najważniejsze już z uśmiechem...












A Sylvia Plath?

Jej teksty czyta się cały czas w ten sam sposób - idąc drogą biografii, szukając prawdziwego JA poetki - przeczytałam w artykule Amerykanka i Olbrzym Anny Godzińskiej w Papermint (Magazynie o książkach).

Ona  - niezwykła, zdolna, szukająca miłości - wtedy w cieniu męża - teraz błyszcząca bardziej.
Szczęśliwi do czasu, bo nie można rozmawiać ze sobą tylko w wierszach, dziennikach i opowiadaniach.  
Dla siebie, ale poza sobą, poza dialogiem, a przecież trzeba bez wyszukanych słów, prosto, zwyczajnie.
Dwoje ludzi w świecie metafor - jak napisała Anna Godzińska. I zagubili się pomiędzy nimi zupełnie.
Była także lękliwa, depresyjna - z całym wachlarzem, jakże jeszcze wtedy, młodych emocji ukazanym w Szklanym kloszu - czytałam na początku studiów i wtedy znalazłam się pod jej szklanym kloszem, jednakże na tyle swobodna, by nie utożsamiać się z bohaterką - a wiem, że wiele czytelniczek odnalazło tam siebie.

A Sylvia z Gwyneth Paltrow, której partnerował Dawid Craig?
Ja pokochałam ... . 


Jej wiersz z tych łagodniejszych.
Uwielbiam fragment, który jest doskonałym obrazem leżenia na trawie:
...To położenie jest dla mnie naturalne,
Gdyż wtedy rozmawiam swobodnie z niebem...
Dalej jest już tylko mocniej.
Doczytajcie zatem do powyższego fragmentu, może w poziomie z tomikiem wierszy nad sobą zamiast nieba.
A gdy już na trawie będziecie, rozmawiajcie swobodnie z niebem.


Jestem pionowa

Lecz wolałabym być pozioma.
Nie jestem drzewem zakorzenionym w ziemi,
Ssącym minerały i macierzyńską miłość,
Żeby każdego marca rozbłysnąć liściem,
Nie jestem też tak piękna jak klomb ogrodowy,
By wzbudzać okrzyk zachwytu wspaniałą barwą,
Nieświadoma, że wkrótce utracę swe płatki.
W porównaniu ze mną drzewo jest nieśmiertelne
A główka kwiatu bardziej godna podziwu.
Ja zaś pożądam długowieczności drzewa i śmiałości kwiatu.

Dzisiejszej nocy, w bladym świetle gwiazd,
Drzewa i kwiaty rozsiewają świeże zapachy.
Przechadzam się pośród nich, lecz mnie nie widzą.
Wyobrażam sobie, że kiedy śpię,
Jestem do nich bardzo podobna-
Myśli mi się mącą-
To położenie jest dla mnie naturalne,
Gdyż wtedy rozmawiam swobodnie z niebem,

A stanę się użyteczna, gdy położę się już na zawsze:
Wówczas drzewa choć raz mnie dotkną, a kwiaty znajdą dla mnie czas.

czwartek, 23 sierpnia 2012

Wszechobecny Dopełniacz kojony mandoliną

Lampeduzianka odmienia przez przypadki, a dokładniej to ukochała sobie jeden - Dopełniacz!!!
Dopełniamy zatem zdania i już zmieniamy końcówki!!!
DOPEŁNIACZ kogo? czego? (nie ma) i odpowiedź córeczki Poli, Bai, Taty, Mamy, Baby.  itp.

Ja także zmieniam  Mianownik - zbędne kilogramy na Dopełniacz - nie ma zbędnych kilogramów. Zaczynam i obym wytrwała w Dopełniaczu. No, po drodze będzie Celownik - komu? czemu? przyglądam się zbędnym kilogramom - gdy stawać na wadze będę często. Choć jeszcze na razie jest przed oczami Biernik - kogo? co? widzę - zbędne kilogramy. W Narzędniku jeszcze -z czym idę? - ze zbędnymi kilogramami, no i chcę raz na zawsze skończyć z Miejscownikiem - o czym myślę? - o zbędnych kilogramach.

Dopełniacz z pytaniem pomocniczym pojawił się także na dzisiejszym drugim koncercie Rajskim.

Ale od początku.
Przyjechałam z koleżanką - Pan Tau jakoś nie wyraził chęci na dalsze muzykowanie dawne, więc z córeczką w objęciach został.
Jeszcze przed koncertem, udając się w miejsce gdzie król chodzi piechotą, natknęłyśmy się na poniższym korytarzu seminarium na postać jakże czarującą w swoim pośpiechu, w kruczoczarnych włosach  - z żelazkiem w ręku i instrumentem w pokrowcu kołyszącym się  na ramieniu  i to kołysanie udzieliło się nam
i właśnie kołyszącym się i poniekąd tęsknym wzrokiem odprowadziłyśmy muzyka do końca korytarza.



I jakież było nasze zdziwienie, gdy po niedługiej chwili stanął przed nami mandolinista ( o tak - mężczyzna grający na mandolinie i odnoszący sukcesy) izraelski Avi Avital i vitalność naszą wzniósł na wyżyny zasłuchania. Czarujący w swoim oddaniu mandolinie, czarujący takie czarownice jak my, łase na - dźwięki - nic innego;)

Avi Avita fot. materiały prasowe
Tym bardziej było czarująco, że wraz z nim i klawesyn (a na nim Joanna Boślak-Górniok) przędł swoją subtelną sieć pajęczo - dźwiękową - którą odkryłam właśnie w Paradyżu i w którą łapię się za każdym razem - i moje myśli jak rosa o poranku wraz ze mną - i harfa (Maria Christina Cleary) - tak pięknej budowy, jak piękny dźwięk z siebie wydaje.  I Beethoven i Bach i Vivaldi ożyli pod palcami tej zdumiewającej Trójki i uwiodła nas każda nuta pulsująca żywo w naszych otwartych sercach. I lirycznie i wesoło.


Jednak wciąż w myślach miałyśmy deser - i to wcale nie ten sernikowy, który i tak w przerwie gładził nasze podniebienia - ale muzyczny i nie tylko, bo tego wieczoru mieli królować przede wszystkim utalentowani mężczyźni.




I tu pojawił się Dopełniacz z pytaniem pomocniczym.
Muzycy z  The Danish String Quartet nie zagrali.
Frederik Øland – skrzypce
Rune Tonsgaard Sørensen – skrzypce
Asbjørn Nørgaard – altówka
Fredrik Sjölin – wiolonczela - poza zasięgiem naszych przynajmniej dwóch zmysłów!!!
I ciężko byłoby odgadnąć powód niebanalny w swojej banalności - złamana ręka jednego z duńsko-norweskich muzyków i to na naszej polskiej ziemi!!!
Młode niespokojne dusze hulały w myśl naszego powiedzenia: gdyby kózka nie skakała i przerobione na potrzeby wieczoru : to by rączki nie złamała.
Dyrektor festiwalu tym bardziej wyraził swoje ubolewanie, że muzycy od 2 lat przygotowywali się do wystąpienia na wrześniowym festiwalu w Monachium, z którym łączyli wielkie nadzieje, bo byli faworytami.
Teraz zamiast stawić czoła paradyskiej publiczności, łamią serca przed niedoszłą monachijska publiką. 
Pocieszyłam się zatem wnętrzem seminaryjnym i otworzyłam ramiona na zastępcze koncerty równie piękne.



Zostawiam Was zatem z Avi Avitalem i Bachem w jego wykonaniu na początek dnia.
Aromatyczna kawa, dialog muzyczny z przystojnym mężczyzną  od rana.
Jakże inspirująco, niebanalnie, znakomicie. Chłońcie!

poniedziałek, 20 sierpnia 2012

O tym jak słuchałam czterech filozofów z fletami w Raju

Mężczyzna patrzy światu prosto w twarz, jakby świat ten został stworzony ku jego potrzebom 
i urobiony ku jego upodobaniom. Kobieta zerka na świat z ukosa, pytająco, a nawet podejrzliwie.
 
                                                                                                                      Virginia Woolf Orlando

Na gorąco.
Jeszcze się żarzy we mnie dźwięk.
Snuję się od rana czterofletowo, bo cztery kobiety wczoraj wygrały na tym instrumencie miłosne pieśni muzyki dawnej - a moja opowieść była tak bardzo współczesna.
Marzenia, nadzieje, wątpliwości… Johannes Ockeghem (1410 – 1497) pojawiały się we mnie, współgrając z tytułem jednego z wykonanych utworów.
We wnętrzu klasztoru, gdzie myśli nie cichną, łapałam myśl za myślą, jak oddechy, zastanawiając się - może to banalnie zabrzmi, ale nad miłością właśnie.
Mąż - Pan Tau - zaciągnięty tam przeze mnie, urzeczony flecistkami, jednak po wszystkim powiedział - jak dla mnie chaos kompozycyjny, brak punktu zaczepienia. Bo ta muzyka nie jest taką, do jakiej dziś jesteśmy przyzwyczajeni. Ale ja odnajduję się w tych tak nieprostych historiach, jak nieprosta przecież bywa miłość. Znajduję punkty zaczepienia, harmonijnie porządkuję chaos, a to wszystko, bo kocham.
A kobieta? Właśnie takie - jak ten niezwykły koncert - jest jej myślenie o miłości, a wynika to z tego, że Serca kobiet są zawiłe [...] - jak zauważa Virginia Woolf.

Cezary Zych - dyrektor festiwalu - do każdego z koncertów dołączał słowo - oj niebanalne;), a poniżej to, jakim obdarzył Snów Consort - duński zespół, który tworzą :Patricia Roa Johansen – flety prosty, Camilla Bachhausen – flety proste, Christina Lauridsen – flety proste i moja ukochana, znana z poprzednich koncertów jako solistka  -Bolette Roed – flety proste, kierownictwo artystyczne:

Idealny wykonawca muzyki dawnej i idealny słuchacz muzyki dawnej to z definicji filozofowie. Nadając muzyce sens podejmują próbę innego spojrzenia na świat przeszłości w połączeniu ze światem dzisiejszym. Muzyka dawna dzisiaj to przecież nasze okno na historię, a poprzez historię nasze okno na teraźniejszość. Muzyka tak otwarta na nowe sensy, bo nie związana z żadnym sensem raz i na zawsze, znajduje swoją rację istnienia w poszukiwaniu w niej sensu. Muzyka pisana na consort viol da gamba jest arcyciekawym pretekstem do filozofowania, bowiem jest w niej i potrzeba harmonii (sięgamy kosmosu) i potrzeba dialogu (sięgamy religii) i potrzeba współpracy (sięgamy polityki) i potrzeba bliskości (sięgamy miłości) i potrzeba ciszy (sięgamy medytacji) i potrzeba samotności (sięgamy tajemnicy). To wszystko jest w takim samym stopniu dawne jak współczesne, w takim samym stopniu historyczne jak dzisiejsze. Pozornie czterech muzyków grających na czterech instrumentach należących do tej samej rodziny, a w rzeczywistości czterech filozofów rozpoczynających rozważania, których dalszy ciąg chcą przekazać znacznie liczniejszej grupie słuchających ich filozofów.

Więc jak przystało na słuchającego filozofa - w myśl filozofowania Pana Zycha :) - sięgałam kosmosu, religii, miłości, medytacji, tajemnicy - zaspokajając wyżej wymienione potrzeby... a za Virginią Woolf patrzyłam na pojawiające się myśli z ukosa, pytająco, a nawet podejrzliwie.

 A czy nie jest trochę tak, że mężczyzna patrzy kobiecie prosto w twarz, jakby została ona stworzona ku jego potrzebom i urobiona ku jego upodobaniom. A kobieta zerka na mężczyznę z ukosa, pytająco - doszukując się nieustannie wzajemnej inspiracji, zadziwień, gier słownych, porywów, czarów? Oby nigdy nie miała powodów, by patrzeć podejrzliwie.


Muzyka w Raju tu strona- festiwal - w Seminarium Duchownym w Paradyżu - po raz dziesiąty, ja w nim piąty raz, choć nie tak intensywnie jak zawsze, ale mam nadzieję na jeszcze jeden koncert.
Kawa i sernik paradyski - obowiązkowo - w klasztornych jadalniach serwowane sercem przez przystojnych i szalenie miłych studentów seminarium - może byli wśród nich tacy, którzy patrzyli światu prosto w twarz- choć dla nich tym światem jest Bóg.















Bolette Roed, foto: mat. pras./fot. Jette Jørs


czwartek, 16 sierpnia 2012

"Morze wracające" podźwiękami uczuć

Morze wracające

Pamiętasz? Było kiedyś morze 
szkliste w falistych linii łukach, 
morze, którego cieni można 
w obrazach szklanych dni poszukać... 
Morze czasami wzbierające 
roznosem huku na poszumach, 
szelestem w dali zamykanym 
na stoodległych morskich tumach. 

Morze płaczące świstem deszczu 
I perłopławiem pianorodne, 
dalekie, ciche, smutne głębią 
jak moje oczy twoich głodne. 

Morze przebite nocą w gwiazdy 
powraca czasem cicho, jaśnie, 
morze potęgi i miłości, 
które w twych oczach cicho gaśnie.
                                                               Krzysztof Kamil Baczyński

Jak moje oczy twoich głodne - powtarzam za Baczyńskim wspominając ostatnią podróż.
Bo tam spojrzałam w oczy morzu, głodna jego spojrzenia, zarumieniłam się, bo wiedziało więcej o mnie niż ja sama.
Zrozumiałam, że bardziej słone niż kiedyś, może ja mniej słodka, choć przecież dojrzalsza -ale nie jak owoc.
Lampeduzianka stawiała babki,  a ja wiedziałam, że z piasku nie chcę budować swoich wspomnień, a przecież i tak nie da się zapamiętać wszystkiego.  Niektóre z nich dalekie, ciche, smutne głębią. Dużo podźwięków z dzieciństwa powraca czasem cicho, jaśnie - kadry, smaki, zapachy, uczucia, ludzie tak bliscy, a których już nie ma. Wtedy jak morze płaczące świstem deszczu tęsknię głośno.Wiem, że starsi ludzie wracają do przeszłości i taka ze mnie - mimo niesędziwego wieku - starsza pani.


























Podoba mi się niezwykły spokój córeczki, który ogarnia, gdy siada na plaży. Nie jest rozbiegana, raczej skupiona na piasku, który w takim ogromie ma do przesypania.
Może jest już w niej - choć taka jeszcze malutka - jakaś pokora - przed morzem potęgi i miłości.

Mam tomik Kazimierza Przerwy - Tetmajera - wyjątkowy - rodzinny.
Wydanie z 1898 roku.  I w nim Morze na stronie 90 - nieskończone, ciemne, ciche ... - jak myśli, które przychodzą długo w noc.
Morze i jego głębie przepastne i bezdenne duchowością pełne, gdzie jak okiem sięgnąć krajobraz niby ten sam, a inny z każdym światłem, podmuchem, nastrojem. I rozpraszają się i odlatują, by powracać echem myśli me tam, daleko, przez wodne bezdroże.






I piosenka, której słuchałam dawno, dawno temu  na plaży, gdzie miłość młoda bolała jak nigdy i  muzyka była wspaniałą ścieżką dźwiękową do krajobrazu tego zewnętrznego jak i tego w środku i tak właśnie mi było i morze nie ukoiło.


środa, 8 sierpnia 2012

"Zakwita ogród niezbadany..." wśród książek, które znajdują drogę

Tak mi mówili aniołowie,
Co znają prawdę, skryta w słowie,
Że tam, gdzie wisząc nad przestrzenią,
Brzegi wieczności się zielenią,
Przedarłszy czasu mdłe osłony,
Wzgórzami tęsknot otoczony,
Zakwita ogród niezbadany,
Zaczarowany, obłąkany -
Zaczarowany skonem zorzy
I obłąkany mgłą bezdroży! 
[...]

                                                                       Bolesław Leśmian Ogród zaklęty


Znalazłam się w zaklętym ogrodzie, a skąd wiem?
Dzień wcześniej poszukiwałam pewnej książki w internetowych księgarniach, a po przybyciu na miejsce lektura znalazła mnie sama, stojąc dumnie na półce, złapała mnie wzrokiem. I już nie było odwrotu.
Weszłam zatem w Zbyt głośną samotność Bogumiła Hrabala, samotność niełatwą, mocną, prywatną, która z myśli nieprzerwanej utkana i tym bardziej słyszalna w cichym miejscu róż, kwiatów i ziół, drewnianych domków na obrzeżach Kamienia Pomorskiego, pięć kilometrów od morza, z pomidorami malinówkami od zaprzyjaźnionego ogrodnika, ze świeżym pieczywem dostarczanym rankiem przez właścicielkę z pobliskiej małej piekarni, gdzie bułka z pomidorem i dymką z każdym kęsem kusiła smacznie, kąsając podniebienie i była w tym jakaś prawda zamknięta we wspomnieniu smaku z dzieciństwa.

Wiedziona zatem myślą hrabalowska za rękę, przemierzałam ogród zaklęty także w jego słowach, gdzieś po drodze jaśniał Coetzee i jego Powolny człowiek (kiedyś czytałam Hańbę, więc znaliśmy się w pewnym sensie) - niedokończony, bo czasu zbyt mało - ale znajdziemy się i dokończymy ten dialog... .

Będąc jeszcze na studiach pamiętam jak siwowłosa już przeobficie jednak wciąż piękna i taka pełna dostojeństwa, ale i ciepła Pani Profesor od łaciny, która na tablicy kaligrafowała jak nikt inny- opowiedziała nam na jednym z pierwszych spotkań swoją historię - do której często wracam i którą uwielbiam.
Jeszcze jako młoda studentka biegła w wielką ulewę z przyjacielem chodnikiem i w pewnym momencie zauważyła na ruchliwej ulicy książkę, której strony przewracane były podmuchami jeżdżących samochodów i mokły od deszczu. Z szacunku ogromnego do książki, nieobojętna na tak okrutny los słów i wiedziona zdziwionym wzrokiem przyjaciela odradzającego wyczyn, wtargnęła na jezdnię i cudem unikając potrącenia, chwyciła książkę, tuląc ją mocno do siebie i bohatersko ratując przed całkowitym zniszczeniem.  I jakież było jej zdziwienie, gdy zorientowała się jaką to pozycję trzyma w dłoni - podręcznik do łaciny. I wtedy już była spokojna i wiedziała, że mimo niezadowolenia rodziców, którzy mieli dla niej inne plany, dobrze wybrała.
A Wy macie historie, w których książka znalazła do Was drogę?






 








Bolesław Leśmian pierwszą strofą otworzył drzwi do ogrodu różanego.
I niekiedy po mocnym deszczu, a nawet gradobiciu,
zamykałam oczy i trwałam - pachniało tak osobliwie, że nawet anioły
milczały... .
I nie było wśród róż cierni, które przecież wcale nie potrzebują ogrodu, by sięgać tam, gdzie boli najdotkliwiej - choć właśnie takie lektury wybrałam z tamtejszej półki - niewakacyjne, raczej bez słońca.
Róże Paula Raymenta, bohatera powieści Coetzee, w miejscu, w którym się rozstaliśmy już nie miały płatków, a może bardziej - jeszcze nie miały -... zostałam z taką nadzieją, bo tyle się jeszcze mogło wydarzyć. 60 strona z 260 - ile na tych 200 może być nadziei?



























Lampeduzianka skończyła dzisiaj półtora roku!!!


Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...