Śniadania otwierające nam dzień.
Zmieniające się jak pory roku.
Codzienne, weekendowe, wojażowe... w samotności, wśród bliskich, z telewizorem, radiem, gazetą, książką, słoneczne, deszczowe, poranne, popołudniowe, wieczorne.
Przebogate menu.
Jeśli ktoś na przykład na śniadanie zjadłby najnowszy film W. Allena z pewnością dzień rozpocząłby perlistym śmiechem.
Zakochani się w Rzymie rozkochuje w sobie, bo ma lekkość, dowcip i zagrany jest po mistrzowsku.
U mnie na czwartkową kolację, ale ze śmiechem -oczyszczającym, potrzebnym - do łez -lejących się strumieniem po uniesionych radością policzkach.
A może jak Joanna Bator autorka książki Japoński wachlarz. Powroty (książka pożyczona od Przyjaciółki i jak sama autorka napisała we wstępie, jest to przewodnik osobisty i subiektywny, pozostaje tym czym był od początku: kolekcja obrazków z podróży kreślonych wzorem zuihitsu, czyli tak jak pędzel prowadzi, a to, co wychodzi spod pędzla doprawdy zdumiewające i zacytuję zapewne jeszcze nie raz) warto byłoby sięgnąć na śniadanie po sushi?
Sushi na śniadanie może wydawać się dziwnym pomysłem i mnie
prawdopodobnie nie przyszedłby on nigdy do głowy, gdyby nie Yukiko. ...
Wprawdzie nie byłam jeszcze w Japonii tak długo, by widok żywej ryby
wzbudzał we mnie głód o siódmej rano, ale uznałam, że nie jest to
doświadczenie, które mogłoby mi zaszkodzić.
Wielkość sushi podobno
ponoć dostosowana została do kobiecego gustu; panie nie chciały zbyt
szeroko rozdziawiać buzi, bo uważano to za nieeleganckie.
Japończycy
wierzą, że kobiety nie nadają się do tej pracy z powodu zbyt ciepłych
dłoni, które niepotrzebnie grzałyby ryż.
Bar sushi na terenie
targu Tsukiji, do którego zabrała mnie Yukiko, należał do bardziej
tradycyjnych. Klientela składała się głownie z robotników.
-
Irasshai - przywitał nas personel zwyczajowym serdecznym okrzykiem, a
goście siedzący przy kontuarze, odwrócili zdumione twarze w naszą
stronę. Normalne kobiety nie wpadają do takich miejsc o siódmej rano.
Ta "niebiańska
kombinacja" jak napisał jeden z zachodnich miłośników japońskiej
kuchni, jest w stanie uwieść nawet bardzo konserwatywnych gaijinów,
którzy po pewnym czasie stają się namiętnymi pożeraczami sushi, chociaż
przedtem w ogóle nie jadali ryb. Mnie nie trzeba było przekonywać, ale
dopiero w Japonii doświadczyłam sushi - ekstazy, sushi błogostanu,
kulinarnej rozkoszy niemożliwej do zaznania nigdzie indziej.
Sushi
w małym barze na Tsukiji było wspaniałe, świeże, bezpretensjonalne i
-jak się okazało- idealne na śniadanie po nieprzespanej nocy.
![]() |
| Na naszej deseczce odnalazłam tamago - wzrok na prawo. |
Za oszkloną gablotą kontuaru wyeksponowane były
dzisiejsze specjalności i zaczęliśmy od mojego ulubionego "toro",
delikatnego mięsa z brzucha tuńczyka, które smakuje jak
najdelikatniejsza wołowina i w ogóle nie ma zapachu ryby, potem była
"ika", śnieżnobiała twardawa kałamarnica, "tamago", czyli słodkawy omlet
jajeczny przypasany do ryżowego wałeczka paskiem wodorostów, "ikura"
czyli ikra łososia, pomarańczowo - złota, wyraźnie rybna, pękająca w
zębach.
Moje ostatnie sushi nie było w barze w Japonii, a w pięknej kamienicy wrocławskiego budynku, pewnej lipcowej soboty zalanej słońcem.
Nie na śniadanie, a raczej lekki obiad, choć w pewnym sensie także po nieprzespanej nocy.
I Przyjaciółka i Pan
Tau i także Lampeduzianka (chociaż ona może bardziej przez wnętrze niż
smaki) - wszyscy wyłapaliśmy kulinarny błogostan - jak to nazwała Joanna
Bator.
A gdyby tak połączyć lato miłości w Rzymie i smaki
Japonii - lekkość, błogość, oczyszczające doznanie towarzyszyłoby nam
zdecydowanie dzień cały, może i z delikatnym wychyleniem się na drugi,
trzeci... ?





















































